Czarny łabędź globalnej polityki

25.08.2020 | Magazyn nr 36

Home 5 THINKTANK REVIEW 5 Magazyn nr 36 5 Czarny łabędź globalnej polityki

Prof. Bogdan Góralczyk

 

Pojawienie się nowego koronawirusa przeorało nasz glob, w tym politykę międzynarodową. Jest on swego rodzaju „czarnym łabędziem” – wydarzeniem niespodziewanym, które wszystko zmienia. Za nim i obok niego płyną następne. To recesja o skali wciąż nieznanej, uzależnionej od długości trwania pandemii, a z drugiej strony katastrofa ekologiczna i klimatyczna. Wszystko to stanowi tło dla strategicznej rywalizacji amerykańsko-chińskiej i przekształca diametralnie świat, w którym żyjemy.


Koronawirus i siła Niewiadomego

W mojej ocenie Covid-19 uruchomił dwa procesy o niewiadomych skutkach. Okazuje się, że nawet takie rozwinięte organizacje i instytucje międzynarodowe jak Unia Europejska czy NATO nie bardzo sobie radzą ze wspomnianym łabędziem. A jeśli w ogóle sobie radzą, to na pewno z opóźnieniem. Wszyscy zaś – nawet w najbardziej liberalnych krajach – szukają wsparcia rządów. Pojawia się zatem kwestia, jak daleko pójdzie odwrót od globalizacji, czyli renacjonalizacja. Jesteśmy jej świadkami i widzimy, że wzrasta rola państwa narodowego. Z tego mogą wyniknąć rozmaite konsekwencje. Może być tak jak na Węgrzech, że państwo się wzmocni i pójdzie w kierunku jedynowładztwa. Albo – i oby tak było – zaczną się poszukiwania rozwiązań typu socjaldemokratycznego, czyli odchodzenie od fundamentalizmu rynkowego, od neoliberalizmu.

W czasach, kiedy nawet naukę, komunikację czy służbę zdrowia mamy sprywatyzowaną, to paradoksalnie koronawirus przypomina nam, jak istotne są usługi publiczne. Innymi słowy spodziewam się, że będziemy mieć poważne turbulencje gospodarcze, które pociągną za sobą zmiany w łańcuchach dostaw, a pod względem politycznym mogą to być nawet przekształcenia w układzie sił na świecie. Ale przede wszystkim spodziewam się intensywnej debaty publicznej i zmiany funkcjonowania państw na lepsze bądź gorsze.


Przewagi cywilizacji konfucjańskiej

Ważne są tendencje. Jeśli Chiny wychodzą z kryzysu spowodowanego rozprzestrzenianiem się koronawirusa, a Stany Zjednoczone jeszcze długo będą w nim tkwić, to skutki mogą być niebywałe. Tym bardziej, że w USA jest to rok wyborczy. Absolutnie nikt nie wie, jaki będzie dalszy przebieg pandemii. Chiny boją się drugiej fali.

Kolejna rzecz: stratedzy amerykańscy dostrzegają teraz tylko jednego przeciwnika, czyli Chiny. W chińskich dokumentach strategicznych też jest tylko jeden rywal, czyli Stany Zjednoczone Ameryki. W tym kontekście już mamy za sobą co najmniej trzy etapy w zakresie relacji pomiędzy obu potęgami, na które trzeba zwrócić uwagę. Zamiast ponad 40-letniego okresu zaangażowania, który zaczął się od Nixona i Kissingera, a zakończył na przełomie lat 2017/2018, w nowych oficjalnych dokumentach USA mamy „czas rywalizacji strategicznej”. Jeśli gdzieś w społeczeństwie amerykańskim – dzisiaj nie mniej spolaryzowanym niż nasze polskie – jest „bipartisanship”, czyli jednomyślność obu zwaśnionych partii, to dotyczy ona Chin jako rywala, przeciwnika Ameryki.  I to jest ów drugi element, w ślad za wspomnianą rywalizacją strategiczną, zawartą w rządowych dokumentach programowych.

 

 

Kolejnym czynnikiem jest to, że koronawirus najpierw przysłonił, a następnie zamienił wojnę handlową toczącą się od trzech lat pomiędzy dwoma globalnymi mocarstwami gospodarczymi w wojnę propagandową i w coraz większym stopniu także technologiczną. Pamiętajmy, że 15 stycznia 2020 r. doszło jedynie do zawieszenia broni, a Stany Zjednoczone nie zamierzają zrezygnować ze swojej pozycji globalnego hegemona. Nie było przypadku w historii, żeby hegemon poddawał się bez walki.

To co w ostatnich miesiącach dzieje się w światowych, szczególnie zachodnich mediach, „wypisz-wymaluj” pasuje do ostatniego rozdziału słynnej książki Barbary Tuchman „Szaleństwo władzy. Od Troi do Wietnamu”. Rzeczywiście mamy już do czynienia z wojną propagandowo-ideologiczną. A może dojść jeszcze kolejny etap, który w zasadzie już się rozpoczął – czyli wojna technologiczna.

Chiny, podobnie jak Singapur, Korea Południowa czy Tajwan roszczą czy też rościły sobie pretensje do skutecznego działania w zwalczaniu wirusa. Warto zauważyć, że jest to ten sam region i w zasadzie ta sama konfucjańska cywilizacja, która – co znamienne – do zwalczania pandemii wykorzystała sztuczną inteligencję i najnowsze technologie. Przejawy konfliktu technologicznego mieliśmy nawet w Polsce (sprawa Huawei i 5G) i oby nie doprowadził on do wojny prawdziwej, a nie jedynie „proxy war” – wojny „przez podstawione pionki”.


Siła i słabości pretendenta

Tymczasem jednak prócz wojny technologicznej i propagandowej mamy powiązaną z nimi wojnę o prestiż, a być może o hegemonię nie tylko w Azji, ale globalną. Bezustannie karmi się nas propagandą, że Chiny to taki czerwony diabeł, co przypomina sytuację przed wojną wietnamską, gdy na Zachodzie wszystko pachniało komunizmem. Tymczasem chodzi o to, że wyrósł pretendent, który chce przerosnąć dotychczasowego hegemona. I to jest istota rzeczy. Ale ten pretendent, o czym mniej wiemy, też ma swoje za uszami i ma swoje problemy.

Po pierwsze, jest ferment w chińskich elitach władzy, o którym wieści częściowo przedostały się na Zachód, a mianowicie, że Xi Jinping przespał swój czas, jeśli chodzi o koronawirusa. Nie wiemy z jakich względów tak się stało. Prezydent Xi jest przewodniczącym od wszystkiego, nowym cesarzem, ma pełnię władzy, ale też pełnię odpowiedzialności. Z jakichś sobie tylko znanych względów milczał cały miesiąc po wybuchu epidemii. Być może były to nawet dwa miesiące, bo są wiadomości z Hongkongu, że pierwszy sygnał o wzroście zachorowań pojawił się już 17 listopada ubiegłego roku. Wiemy na pewno, że 27 grudnia informowano władze w Pekinie o wybuchu epidemii nowego, groźnego wirusa. Xi Jinping potwierdził na specjalnej wewnętrznej naradzie 7 stycznia, że o tym wie, a jednak zdecydował się na wypuszczenie milionów Chińczyków na chiński Nowy Rok. I dopiero kiedy ten Nowy Rok, przypadający 25 stycznia, się rozpoczynał, uruchomiono niezwykle twarde procedury „lockdown”.

Przewodniczący Xi dopuścił się zatem pewnego zaniechania pod względem pandemii, co doprowadziło do wspominanego fermentu w elitach i nie wiadomo, czym się to skończy. Czy nie popsuje to Xi Jinpingowi jego planów na dożywotnie rządy? Szef Komunistycznej Partii Chin ma też realną opozycję nawet w Stałym Komitecie Biura Politycznego. Przy tym jednak nie wolno zapominać, że w Państwie Środka funkcjonuje historycznie sprawdzony systemem jedynowładczy. Dopóki Xi ma jeszcze stery w ręku, to nie nastąpi otwarty wybuch. Wszystko zależy od tego, jak Chiny wyjdą z pandemii. I z pozoru wychodzą, wracają do produkcji. Ale mają bardzo poważne problemy gospodarcze, gdyż np. były dostawcą medykamentów do Europy i to na początku łańcuchów dostaw. W szczycie zakażeń wszystko stanęło, a gospodarka mocno zwolniła.

Kolejna kwestia, najmniej w Polsce znana: w tej chwili już nawet chiński system bankowy aż trzeszczy w szwach, dlatego że dług publiczny ze źródeł prywatnych i rządowych sięga 300 proc. PKB lub więcej. I bezustannie narasta. Z tego powodu Chińczycy są bardzo ostrożni z pakietami pomocowymi dla własnych firm. Zastosowano je z sukcesem po kryzysie 2008 r., jednak obecnie nie wydaje się to możliwe. Gdyby w konsekwencji pandemii doszło do spowolnienia gospodarki do zera albo nawet do recesji, to nie sposób przewidzieć, jakie mogłyby być scenariusze. Jeżeli kryzys potrwa dłużej, to obawiam się, że Chiny nie zdążyły jeszcze zbudować na tyle silnego rynku wewnętrznego, żeby samodzielnie sobie poradzić. Na dłuższą metę mają kłopot i dlatego 15 stycznia tego roku Chińczycy częściowo ustąpili Donaldowi Trumpowi w wojnie handlowej.


Gdzie jest trzeci biegun?

Mówiąc o rywalizacji pomiędzy pretendentem do hegemonii a dotychczasowym hegemonem, warto zwrócić uwagę, że Chińczycy szukają za wszelką cenę trzeciego bieguna. Chodzi im o to, aby nie odtworzył się ze wszystkimi złymi i dobrymi stronami układ dwubiegunowy, zimnowojenny. Japonia nie może być takim trzecim biegunem dla Chin. W tej chwili nie może być nim Rosja, bo jest uwikłana w konflikt w Donbasie na Ukrainie; jest też sprawa Krymu, a teraz Białorusi. Trzecim biegunem nie zostaną Indie, gdyż wolą pozostać „swing state”, państwem obrotowym. Podobnie Australia, która też się waha.

Chińscy stratedzy doszli do wniosku, że trzecim biegunem powinna być Europa i dlatego mają aż dwie strategie wymierzone w naszym kierunku. Niestety my jako Unia Europejska nie mamy żadnej. Te dwie strategie to oczywiście dwa Jedwabne Szlaki realizowane już od 2013 r. Jeszcze wcześniejsza (od 2012 r.) jest strategia wobec naszego regionu, czyli 16+1, w ubiegłym roku zamieniona na 17+1.

O tym, że Chiny widzą w Europie „trzeci biegun” świadczy fakt, iż jeszcze przed koronawirusem władze w Pekinie desygnowały specjalnego ministra do spraw europejskich. Była to chińska odpowiedź na zimną wojnę handlową, jeszcze przed wojną propagandową związaną z Covid-19. Równocześnie ustalono po raz pierwszy, odkąd istnieją doroczne szczyty Unia Europejska – Chiny, czyli od 1998 r., że w tym roku zamiast jednego szczytu odbędą się dwa. Ostatecznie z powodu pandemii szczyt kwietniowy przełożono, najbliższy odbędzie się w Lipsku w Niemczech we wrześniu tego roku. I nie da się wykluczyć, że Chińczycy zamienią formułę 17+1 na 27+1, gdyż wyciągają właściwe wnioski z Brexitu.

Tę chińską grę prowadzą Chińczycy również na terenie Polski. Sądzę, że po upadku układu zimnowojennego i rozpadzie Związku Radzieckiego stali się u nas piątym graczem, po Rosji, Niemczech, Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Pekin jest nami zainteresowany, bo – jak powiedział Norman Davies w swojej książce – Polska jest sercem Europy. Powinniśmy z tego wyciągnąć wnioski – i my, i pozostali Europejczycy.

 


Europa: brak strategii, deficyt przywództwa

Nie widać w Europie strategów myślących perspektywicznie. Koronawirus po raz kolejny dowodzi, że raczej się dzielimy niż łączymy. Gdzie jest europejska solidarność? Nawet władze Unii Europejskiej, w tym Komisja Europejska, zostały uruchomione dopiero po tym, jak premier Włoch Giuseppe Conte zaczął grozić wystąpieniem z Unii. Mamy w Europie od lat „impulsy pronarodowe”. Zaczęły się w 2005 r., kiedy Francuzi i Holendrzy w tygodniowym odstępie odrzucili wizję wypracowaną przez tzw. radę mędrców, czyli wspólną konstytucję. Wówczas została obalona cała dotychczasowa filozofia integracji europejskiej, oparta na teorii neofunkcjonalnej, zgodnie z którą ostatecznym rezultatem miało być nie tyle imperium, co jakiś ponadnarodowy twór o charakterze federacji. I od tamtej pory mamy w Unii Europejskiej kryzys konstytucyjny, przywództwa i wizji.

W 2008 uderzył nas kryzys gospodarczy, z którego niestety nie wyciągnęliśmy należytych wniosków. W 2014 zagrzały nam się granice zewnętrzne. Straciliśmy poczucie bezpieczeństwa zewnętrznego, bo z jednej strony Krym i Ukraina, a z drugiej ISIS, czyli tzw. Państwo Islamskie. Zaś w roku 2015 straciliśmy poczucie bezpieczeństwa wewnętrznego, gdyż nadeszła fala uchodźców i ataki terrorystyczne. Potem jeszcze przyszedł efekt Trumpa i Brexit, na co nałożył się koronawirus. Kto pozbiera te wszystkie klocki? Nie widzę na to szans i raczej boję się odrodzenia się nacjonalizmu.

Sztandarowym przykładem jest Viktor Orbán. W 2014 r. zdecydował, że buduje demokrację nieliberalną, przez przeciwników politycznych nazywaną autokracją. Orbán spełnił swoje marzenie i uzyskał rządy jednoosobowe, bez żadnej kontroli, bez „checks and balances” w postaci równowagi władz. W tym sensie mamy czyste nacjonalizmy i idea zbudowania jakiegoś aliansu w naszym regionie – czy to Trójmorza, czy Międzymorza – w Budapeszcie nie znajduje żadnego oddźwięku. Orbán woli odbudowywać swoje Wielkie Węgry, a nie opierać się na Grupie Wyszehradzkiej czy sojuszu z Polakami. Europa ma problem, bo skoro nawet w Grupie Wyszehradzkiej nie ma jedności, to co dopiero w grupie 27 państw? W wyniku kryzysu 2008 r. pęknięcia zarysowały się także na osi północ-południe.


Zmiana klimatu a sztuczna inteligencja. Szansa Pekinu?

Gdyby nie było koronawirusa, to mówilibyśmy o tej dziwacznej „zimie bez zimy”, która jest już za nami. Jeżeli ktoś nie dowierza, że klimat się zmienia, niech spojrzy chociażby na aktualnie publikowane przez Amerykanów zdjęcia Antarktydy. Już nie Arktyki, ale Antarktydy. Jesteśmy świadkami swego rodzaju przesilenia cywilizacyjnego. Albo wyciągniemy wnioski z tego, co czynimy jako ludzkość od okresu Oświecenia, gdy postanowiliśmy uczynić sobie ziemię poddaną, albo nasz gatunek ludzki będzie zagrożony. Być może pandemia daje nam ostatnie pięć minut do namysłu, do otrzeźwienia. Amerykański filozof kultury Frederic Jameson powiedział kiedyś, że łatwiej jest mu wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu. I chyba niestety miał rację.

W kontekście katastrofy klimatycznej, ale też sztucznej inteligencji warto przywołać jeszcze raz przykład chiński związany z koronawirusem. Zwróciłbym uwagę na to, że przewodniczący Xi Jinping po prawie miesięcznej nieobecności 30 marca br. pojawił się publicznie w mieście Hangzhou. Odwiedził siedzibę firmy Alibaba, czyli największego producenta i promotora sztucznej inteligencji na terenie całych Chin. Sztuczna inteligencja okazała się bowiem „posłuszna” i przydatna w zwalczaniu wirusa.

Po południu tego samego dnia, w otoczeniu najwyższych oficjeli, Xi złożył wizytę w założonym pod Hangzhou Parku Narodowym, złożonym z moczarów i terenów podmokłych. Tydzień później cały Stały Komitet Biura Politycznego KPCh, czyli swego rodzaju zbiorowy cesarz chiński, kopał dołki nie pod sobą, jak u nas, tylko dołki pod nowe drzewa.

Chiny najpierw swoje środowisko naturalne zniszczyły, a teraz wyraźnie stawiają na zieloną gospodarkę i na ochronę klimatu. I mogą rzeczywiście szybko objąć prym, bo Stany Zjednoczone wybrały prezydenta, który się z tej konkurencji wycofał.

 

 width=

 

Zamiast zakończenia: wybieram pokój

Na zakończenie adekwatny wydaje mi się przykład z historii. Przed I wojną światową wszystkie założenia strategiczne przewidywały, że wojna zacznie się atakiem na Rosję i Francję. A gdzie wybuchła? W Serbii. I potem już żaden z wcześniejszych scenariuszy się nie spełnił. Zatem zamiast wróżyć wojnę, wybieram pokój. Wiem, że jutro może zdarzyć się coś niespodziewanego, co zupełnie zmieni nasze myślenie i samą rzeczywistość. Taka jest też moja teza wynikająca z doświadczeń I i II wojny światowej oraz wszelkich innych wojen: nie przepowiadam wojny, choć wiem jak napięty jest czas i zdaję sobie sprawę, że do otwartego konfliktu, „gorącej” wojny może dojść. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co przyniesie jutro. Pandemia jednoznacznie to potwierdza.

 

 width=Prof. Bogdan Góralczyk – politolog i sinolog, profesor i dyrektor Centrum Europejskiego UW. Był również ambasadorem Polski na Filipinach, w Tajlandii oraz w dawnej Birmie w latach 2003-2008. Zajmuje się stosunkami międzynarodowymi we współczesnym świecie. Specjalizuje się w tematyce Chin. Bogdan Góralczyk pracował jako profesor wizytujący na zagranicznych uniwersytetach, w tym na terenie Chin i Indii. Autor wielu pozycji poświęconych Państwu Środka, w tym książki „Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje„.

 

POWRÓT ↵

 width=