Jaką gospodarkę zastał nowy rząd?

10.01.2024 | Review nr 49

Home 5 THINKTANK REVIEW 5 Review nr 49 5 Jaką gospodarkę zastał nowy rząd?

[vc_row][vc_column width=”5/6″][vc_column_text]

Opublikowano 09.01.2024

 

Zależy kto pyta i kto odpowiada. Ekonomiczna materia jest bardzo złożona i pozwala tak dobierać dane i ich interpretacje, że w oparciu o nie można postawić niemal dowolną tezę. Dlatego w tej analizie szukamy odpowiedzi na główne pytanie: jak się ma ekonomiczna kondycja Polski po rządach PiS do naszych aspiracji cywilizacyjnych, czyli szybkiego dogonienia średniego poziomu życia zachodnich krajów UE.

 

Czy Polska będzie niedługo bogatsza od niektórych państw Europy Zachodniej? Zdecydowanie twierdząco jeszcze niedawno odpowiadał na to pytanie Prezes NBP Adam Glapiński. W styczniu 2023 r. zapowiadał, że za trzy lata dogonimy Hiszpanię, za pięć Włochy, a za osiem lat Francję. W marcu dołożył do tej listy państw, które wkrótce prześcigniemy, Wielką Brytanię. Zapewne zdecydowana większość Polaków chciałaby takiego scenariusza rozwoju. Jednak jak na razie na tej drodze jest więcej barier niż możliwości.

Gdzie jesteśmy obecnie? Komisja Europejska szacuje, że w 2023 r. średni poziom zamożności Polaków (PKB na głowę mieszkańca z uwzględnieniem siły nabywczej) sięgnął 78 proc. średniej w UE. To dużo, zwłaszcza jeśli sobie uświadomimy, że w momencie wstępowania do Unii to było 52 proc., a na początku transformacji wskaźnik ten wynosił ok. jednej trzeciej. Rzeczpospolita podaje, że w ciągu ośmiu lat rządzenia PiS udało się nadrobić dystans do przeciętnego poziomu zamożności UE o 9 pkt proc., a przez wcześniejsze osiem lat rządów PO-PSL luka ta została zmniejszona o ok. 15 pkt proc.

Nasza średnia nie rośnie jednak systematycznie. W 2023 r. spadła w stosunku do roku poprzedniego o 2 pkt. procentowe. Przyczynami spowolnienia są spadek inwestycji i nakładów na kluczowe dla przyszłego rozwoju gospodarki sektory oraz zbyt duża ilość środków publicznych przeznaczonych na konsumpcję. Do tego dochodzi wzrost danin publicznych obowiązujących firmy, brak przejrzystości finansów publicznych, państwowe monopole w niektórych sektorach, problemy z praworządnością i wstrzymanie środków unijnych przeznaczonych na rozwój kraju. Ta lista to przy okazji skrócony opis problemów, które odchodzący rząd zostawił następcom.

 

 width=

 

Wątpliwy spadek: długi

W drugiej kadencji rządów PiS fundamentem polityki fiskalnej była inflacja. Wraz ze wzrostem cen rosły wpływy do budżetu, ale spadała wartość oszczędności obywateli i firm. Dla nowego rządu to ciężki bagaż. Stoi przed nim wyjątkowo trudne wyzwanie: obniżanie inflacji poprzez niepopularne decyzje lub zwiększanie zadłużenia i ponowny wzrost inflacji. „Inflację można zwalczać tylko przy pomocy kosztownych społecznie i politycznie instrumentów, takich jak podnoszenie podatków, obniżanie wydatków i obniżanie popytu” – uprzedza prof. Marek Belka, ekonomista, były premier i były prezes NBP.

Tymczasem poprzedni rząd zdawał się nie przejmować skutkami swojej polityki socjalnej i inwestycyjnej. Pieniądze są, wystarczy nie kraść, mówili politycy PiS. Jednak w rzeczywistości poprzedni rząd finansował większość swoich programów socjalnych i inwestycyjnych pożyczkami, a nie roztropnym gospodarowaniem naszymi podatkami. Już w czerwcu 2023 r. Sejm musiał znowelizować ówczesny budżetu państwa. Luka między wpływami i wydatkami zaplanowana wcześniej na 68 mld zł wzrosła do 92 mld zł, czyli o 35 proc.

Natomiast dług publiczny na koniec 2023 r. wg definicji UE osiągnął prawie 49,3 proc. PKB i w sumie wynosi już ok. 1,7 bln zł. To o 770 mld zł więcej niż w 2015 r., na początku pierwszej kadencji rządu PiS. Rządząca wcześniej koalicja PO-PSL też zaciągała pożyczki, ale ich wartość podczas 8-letniej kadencji była ponad dwa razy niższa (340 mld zł.). Obie koalicje rządowe zderzyły się z nadzwyczajnymi sytuacjami kryzysowymi. Rząd PO-PSL z kryzysem finansowym 2008-2011, a PiS musiał się zmierzyć z pandemią Covid-19. Oba te kryzysy wymagały nadzwyczajnych środków osłonowych dla gospodarki i obywateli.

Na tle innych krajów UE nasz dług publiczny, czyli suma wcześniejszych deficytów budżetowych, nie jest na szczęście nadmiernie wysoki. Dług Węgier sięga 75,2 proc., Słowenii 70,5 proc., Słowacji 59,6 proc. Za to Estonia ma tylko 18,5 proc., Bułgaria 21,5 proc., Czechy 44,3 proc.

 

 

Brakuje 450 mld zł

Czy w państwowej kasie są pieniądze? Dziś to najważniejsze pytanie dla nowego rządu. Prawdziwy obraz stanu finansów publicznych poznamy zapewne w najbliższych miesiącach. Tymczasem rok 2024 ma przynieść kumulację wydatków zaplanowanych przez poprzedni i obecny rząd. Projekt ustawy budżetowej PiS na ten rok przewidywał skokowy wzrost deficytu budżetowego, aż do 165 mld zł (z 92 mld zł w 2022 r.). W dodatku nie do końca wiadomo, ile środków ukryto przed oczami parlamentu i opinii publicznej.  Na przykład rok wcześniej Sejm za 2022 r. otrzymał sprawozdanie z wykonania budżetu zawierające zaledwie 12 proc. całości deficytu budżetowego. „Szara strefa” w budżecie wyniosła 88 proc. – stwierdzają w opracowaniu „Stabilny i przejrzysty budżet pod kontrolą obywateli” znani ekonomiści dr Sławomir Dudek i Ludwik Kotecki. 

Teraz do długów zaciągniętych przez rząd PiS trzeba też doliczyć realizację obietnic wyborczych obecnej koalicji. Nowy minister finansów przedstawił przed świętami projekt budżetu, w którym zaplanowany deficyt wynosi 184 mld zł. Ale to nie wszystko. Łączne potrzeby pożyczkowe w 2024 r. w projekcie budżetu PiS wyceniono na 225,4 mld zł, a nowy rząd zmuszony był je podnieść do 250 mld zł. To nadal jednak nie cały tegoroczny deficyt budżetowy. Rząd musi mieć bowiem także środki na spłaty wcześniejszych pożyczek i na rekordowo wysokie wydatki obronne. Projekt budżetu Morawieckiego zakładał, że łącznie trzeba w tym roku pożyczyć aż 421,5 mld zł. Po dołożeniu do tego niezbędnych planów wydatkowych nowego rządu będzie to ok. 450 mld zł.  To oznacza, że łączny deficyt sektora finansów publicznych wg metodologii UE sięgnie 54,2 proc. PKB.

Minister Domański zapowiedział, że deficyt budżetowy może w 2024 r. wynieść 5,1 proc. PKB. Z tego powodów już w połowie 2024 r. nowy rząd może się zmierzyć z unijną procedurą nadmiernego deficytu. W ostatnich kilku latach w związku z pandemią i wojną w Ukrainie była ona zawieszona, ale Komisja Europejska zapowiedziała już powrót do egzekwowania wymogów traktatów z Maastricht, dopuszczających 3 proc. deficytu i 60 proc. długu sektora finansów publicznych. Dla nas oznaczałoby to konieczność redukcji deficytu budżetowego, dopóki nie zejdzie on do 3 proc. PKB. A zaciskanie pasa w obecnych realiach politycznych to wyjątkowo trudne wyzwanie.

 

 

W tle tych danych o zadłużeniu naszego kraju toczy się toczy się szersza światowa debata o potrzebie nowego podejścia do długu publicznego. Głównie lewicowi ekonomiści postulują, żeby kraje rozwijające się czy na przykład goniące czołówkę europejską jak Polska mogły finansować swoje potrzeby rozwojowe długiem przekraczającym 60 proc. PKB, o ile ich tempo zadłużania nie będzie wyprzedzać tempa wzrostu gospodarczego. Inni zwolennicy zwiększania długu powołują się na doświadczenia Japonii, której dług publiczny jest największy na świecie i w 2022 r. sięgnął już 264 proc. PKB. Zapominają jednak, że Japonia pożycza wyłącznie od własnych obywateli, a na spłatę zadłużenia przeznacza rocznie zaledwie 1 proc. PKB (a Polska 3 proc. PKB). Poza tym japońska gospodarka od dziesięcioleci pozostaje w stagnacji, na co my ze swoimi ambicjami skokowego podniesienia poziomu życia nie możemy sobie pozwolić 

 

Obciążająca inflacja

Obciążeniem dla całej gospodarki i wszystkich Polaków była, jest i będzie w najbliższych latach inflacja. Owszem, jest ona wywołana pandemią i skutkami napaści Rosji na Ukrainę, ale swój udział w jej powiększaniu ma Narodowy Bank Polski i Rada Polityki Pieniężnej z ich prezesem Adamem Glapińskim na czele. GUS podał, że ceny towarów i usług konsumpcyjnych w listopadzie 2023 r. wzrosły w ujęciu rocznym o 6,6 proc., a w porównaniu z poprzednim miesiącem o 0,7 proc. Ekonomiści prognozowali, że grudniowa inflacja sięgnie 6,5 proc., ale ze wstępnego odczytu GUS wynika, że było to 6,1 proc. Oby ten trend spadkowy się utrzymał dłużej, bo nasza inflacja na tle Europy jest nadal wysoka. W strefie euro w grudniu ub. roku wskaźnik inflacyjny sięgnął 2,9 proc.

W latach 2023-26 skumulowana inflacja zabierze nam prawie 50 proc. wartości złotego. „Oznacza to, że z każdego złotego z początku 2022 r. do końca 2026 r. „wyparuje” 1/3 wartości” – prognozują polscy eksperci pytani przez organizatorów tegorocznego Europejskiego Kongresu Finansowego. W roku 2024 inflacja CPI (określa wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych najczęściej kupowanych przez gospodarstwa domowe) prawie trzykrotnie ma przekraczać centralny cel inflacyjny RPP, który wynosi 2,5 proc.

W 2023 r. polska gospodarka znalazła się w stagflacji. Mieliśmy utrwalenie wysokiej inflacji oraz wysokich stóp procentowych, które łącznie mocno hamowały wzrost gospodarczy. W tym roku jest nadzieja, że tempo wzrostu podskoczy do 3 proc. 

 

 width=

 

Inwestycyjna zapaść

Na początku swojego urzędowania na funkcji premiera Mateusz Morawiecki zapowiadał, że jego rząd zmobilizuje sektory publiczny i prywatny do inwestycji na poziomie 25 proc. PKB. Jeśli polska gospodarka miałaby rzeczywiście realnie doganiać Zachód, właśnie tyle powinniśmy inwestować w jej technologiczne unowocześnienie i nowe moce wytwórcze. Niestety, w 2022 r. wskaźnik inwestycji wyniósł… zaledwie 16,8 proc. Pozostajemy pod tym względem daleko w tyle za krajami naszego regionu i jest to trend długofalowy. Dlatego niski poziom inwestycji to najgorsza wiadomość dla wszystkich, którzy uwierzyli, że wkrótce dogonimy w poziomie życia kraje zachodniej Europy.

Co gorsze, według ekspertów z SGH w najbliższych dwóch latach spadek inwestycji w Polsce będzie najpewniej postępował, do poziomu 16,4 proc. PKB w 2025 r. Złoży się na to m.in. nadal wysoka inflacja, niepewność co do szybkiego zakończenia wojny na Ukrainie, brak przełożenia spadku cen surowców energetycznych na ceny detaliczne i brak czynników stymulujących inwestycje prywatne. Ekspertyza ta została przedstawiona we wrześniu ub. roku na Forum Ekonomicznym w Karpaczu. Chcielibyśmy, aby nowy rząd odwrócił niektóre z tych negatywnych czynników i przekonał sektor prywatny, że w Polsce już warto inwestować.

 

 width=

 

Zaniedbanie energetyczne

Jednym z najpoważniejszych wyzwań dla polskiej gospodarki jest jej absolutnie konieczna transformacja energetyczna. Ta konieczność wynika z unijnej i globalnej polityki redukcji emisji gazów ze spalania paliw kopalnych, ale przede wszystkim z woli zdecydowanej większości Polaków, by nasza energetyka przestała nas truć. Stały wzrost polskiego PKB na mieszkańca nie jest w stanie zrównoważyć faktu, że pod względem jakości powietrza zajmujemy jedno z ostatnich miejsc w Europie, co znacząco dokłada się do niższej niż na Zachodzie jakości życia w naszym kraju.

Poprzedni rząd przez osiem lat uparcie podtrzymywał energetykę węglową, dlatego ma ona nadal 70-procentowy udział w produkcji energii elektrycznej w Polsce. Zaniedbał też inwestycje w sieci przesyłowe, których stan jest przez ekspertów oceniany jako katastrofalny.  Są one dziś uważane za główną barierą rozwoju energetyki nie tylko odnawialnej.

Polski Komitet Energii Elektrycznej szacuje, że tylko do 2030 r. będziemy musieli przeznaczyć 600 mld zł na transformację rynku energetycznego. Osiągnięcie zeroemisyjności do 2050 r. będzie nas kosztować łącznie co najmniej 900 mld zł. Te niezbędne inwestycje oznaczają, że mniej będziemy mogli przeznaczyć na również ważne dla jakości życia inwestycje w służbę zdrowia, edukację, kulturę czy opiekę nad starzejącym się społeczeństwem.

 


Słaba produktywność

Kolejną barierą wzrostu dobrobytu w Polsce jest niska na tle UE wydajność pracy (wydajność lub produktywność to PKB podzielony przez liczbę przepracowanych godzin). W 2023 r. wyższą wydajność pracy niż Polska miało aż 30 spośród 38 członków OECD. Nie jesteśmy też pod tym względem liderem w Unii Europejskiej. W 2022 r. osiągnęliśmy zaledwie połowę wydajności Niemiec, Szwecji, Austrii, Islandii i Belgii. Niedużo, ale jednak lepiej od nas wypadają też Litwa, Czechy, Węgry, Łotwa czy Słowacja.

W dodatku mamy w kraju stosunkowo wysoki udział sektorów o niskiej produktywności, głównie rolnictwa i budownictwa. Generują one aż 25 proc. PKB, przy średniej w UE wynoszącej niespełna 19 proc.

Tymczasem produktywność pracy jest naszą racją stanu. Jej podnoszenie utrudniają jednak takie czynniki jak niski poziom innowacji i zaawansowania cyfrowego w polskich firmach oraz niedostateczne umiejętności technologiczne, w tym cyfrowe, polskich pracowników. Ważnym czynnikiem determinującym produktywność są też zasoby kapitałowe przypadające na obywatela, które w Polsce są mniejsze niż w większości państw regionu.

OECD w raporcie na temat polskiej gospodarki w 2023 r. pisze, że cyfryzacja mogłaby pomóc uwolnić potencjał przedsiębiorczy polskich firm w kraju i na rynkach światowych, ale wymaga to odpowiednich umiejętności pracowników. Autorzy raportu sugerują, że inicjatywa w tej sprawie należy do rządu. Powinien on przyjąć kompleksowe podejście w kilku obszarach polityki, takich jak kształcenie dorosłych, uczenie się przez całe życie i szkolenia dla sektora MŚP.

 

Dołująca demografia

Mimo głośnych zapowiedzi poprzedniemu rządowi nie udało się uruchomić skutecznych mechanizmów wzrostu dzietności Polek. W 2023 r. najprawdopodobniej miał miejsce rekordowy spadek liczby urodzeń. Nie ma jeszcze danych za cały rok, ale jeśli trend z pierwszych 10 miesięcy się utrzymał, to mieliśmy do czynienia z najmniejszą liczbą urodzeń od czasów II wojny światowej.

Ten trend zapowiada, że narastającym problemem gospodarczym Polski będzie zmniejszająca się populacja w wieku produkcyjnym. Raport McKinsey & Company i Forbsa „Jak unieść ambicje Polski. U progu nowej ery” podaje, że do 2050 r. liczba takich osób spadnie z obecnych 27 mln do 20 mln. Zaradzić temu może tylko imigracja, bo innych metod odwrócenia tego trendu nie ma.

Dzisiejsze obawy związane ze zjawiskiem starzenia się społeczeństwa nie uwzględniają jednak faktu, że polską gospodarkę, jak niemal wszystkie inne, czeka głęboka automatyzacja. Dzięki niej obecny niedobór rąk do pracy może zostać przełamany. Trzeba jednak podjąć zdecydowane kroki w tym kierunku, a inspiracyjną i koordynującą rolę powinno wziąć na siebie państwo.

Automatyzacja nie rozwiąże jednak wszystkich konsekwencji starzenia się społeczeństwa. Z prognoz demograficznych GUS wynika, że w Polsce w 2050 r. osoby w wieku powyżej 65 lat będą stanowiły aż jedną trzecią społeczeństwa. Będzie to miało oczywiste konsekwencje ekonomiczne. Obciążenie systemu zabezpieczeń społecznych i ochrony zdrowia może być wyższe niż możliwości gospodarki. Nowy rząd powinien mieć też scenariusze na negatywne skutki automatyzacji, czyli na potencjalne bezrobocie technologiczne.

 

 width= 


Cyfrowe zacofanie

Transformacja cyfrowa to najważniejszy obecnie proces odbywający się w światowej gospodarce. W ostatnich latach dodatkowo przyspiesza go sztuczna inteligencja. Jest oczywiste, że nasza przyszłość, miejsce w Europie i poziom dobrobytu zależą od tempa wdrażania w polskich firmach i instytucjach technologii cyfrowych. Niestety, różne międzynarodowe rankingi poziomu cyfrowego rozwoju Polski nie wypadają dla nas dobrze.

Z usług chmury obliczeniowej korzysta 19 proc. polskich przedsiębiorstw, podczas gdy średnia dla całej UE wynosi 34 proc. Z elektronicznej wymiany informacji – 32 proc. (średnia UE: 38 proc). Zaledwie 18 proc. polskich podmiotów gospodarczych aktywnie korzysta z mediów społecznościowych. Tylko 3 proc. firm włączyło do swojej działalności rewolucjonizujące biznes technologie sztucznej inteligencji. Nie są jeszcze powszechnie stosowane elektroniczne faktury i duże zbiory danych. W Polsce udział specjalistów ICT w zatrudnieniu ogółem wynosi 3,6 proc., co jest poniżej średniej UE wynoszącej 4,6 proc. Także wskaźniki podstawowych umiejętności cyfrowych pracowników plasują Polskę poniżej średniej UE. Te dane pochodzą z ogłoszonego we wrześniu 2023 r. raportu UE na temat realizacji europejskiego programu Cyfrowej Dekady

W innym raporcie Komisji Europejskiej EU DESI 2022 o postępie cyfrowym krajów członkowskich UE Polska zajmuje 24. miejsce. Za nami jest tylko Grecja, Bułgaria i Rumunia. Autorzy raportu przyznali Polsce ocenę 40,5 – znacznie poniżej europejskiej średniej wynoszącej 52,3.

Światowy Ranking Konkurencyjności Cyfrowej 2023, opracowany przez Światowe Centrum Konkurencyjności IMD, mierzył zdolność i gotowość 64 najbardziej rozwiniętych gospodarek świata do przyjęcia technologii cyfrowych jako kluczowego czynnika transformacji biznesu, sektora rządowego i w szerszej – społeczeństwa. Polska została sklasyfikowana w tym gronie na 39. miejscu. Wyżej od nas są nie tylko kraje zachodniej Europy, ale i z naszego regionu: Litwa, Estonia, Czechy, a nawet Kazachstan.

 

Niska wiarygodność

„Nie wykorzystujemy naszego potencjału gospodarczego, bo wiarygodność ekonomiczna państwa jest niesatysfakcjonująca” – twierdzi prof. Jerzy Hausner, szef zespołu ekspertów i autorów Indeksu Ekonomicznej Wiarygodności Polski (II edycja). Indeks przedstawiony został podczas VIII Open Eyes Economy Summit w Krakowie. Analizuje on dane z lat 2008-2022 w ośmiu obszarach tematycznych. Są to m.in. praworządność i bezpieczeństwo obrotu gospodarczego, finanse publiczne i system podatkowy, jakość usług publicznych i infrastruktury publicznej, respektowanie zobowiązań międzynarodowych, ochrona środowiska i zmiany klimatu. W tym roku Indeks badał tą samą metodą także wiarygodność naszych południowych sąsiadów z Grupy Wyszehradzkiej.

 

Indeks Wiarygodności Ekonomicznej Państw Grupy Wyszehradzkiej 2023

 width=

 

Źródło: OEES 2023

W tabeli wyniki przedstawiono za pomocą mapy ciepła, gdzie odcień zielony oznacza podniesienie wiarygodności państwa, a czerwony jej obniżenie. Jak widać, nasza wiarygodność ekonomiczna w ostatnich latach systematycznie spadała, a w Grupie V4 gorszy wynik mają od nas Węgrzy, podczas gdy Czechy i Słowacja są w sytuacji znacznie od nas lepszej.

 

Kluczowe wyzwania 

Podsumowując, realizacja naszych ambicji, by wejść do czołówki najzamożniejszych krajów UE, jest zagrożona rosnącym obciążeniem fiskalnym gospodarki, głównie związanym ze zmianami demograficznymi, transformacją energetyczną i wydatkami zbrojeniowymi. W najbliższych latach obciążeniem będzie także wysoce prawdopodobny wzrost kosztów obsługi długu publicznego.

Niby gonimy Zachód, ale rozwinięty gospodarczo świat nam ucieka. Zachodnie rządy i przedsiębiorstwa odważnie eksperymentują z włączaniem sztucznej inteligencji w podnoszenie efektywności procesów biznesowych oraz usług publicznych. A my do tej pory nie doczekaliśmy się skoordynowanej strategii cyfryzacji gospodarki oraz spójnego i synergicznego wsparcia finansowego dla procesów transformacji cyfrowej w przedsiębiorstwach. Musimy więcej i skuteczniej inwestować w cyfrowe umiejętności Polaków, przede wszystkim dorosłych, bo nie możemy czekać, aż obecni uczniowie szkół podstawowych wejdą na rynek pracy.   

Musimy przekonać polskie firmy, że ich dotychczasowa strategia konkurowania ceną i kierowania produktów i usług na rynek krajowy nie pozwala im się rozwijać i rosnąć. Aby przejść na model biznesu nastawiony na wyższą rentowność, nasze firmy potrzebują lepszej organizacji pracy, inwestycji w nowe technologie, robotyzację i automatyzację oraz w podwyższanie kwalifikacji pracowników, a razie potrzeby ich całkowite przekwalifikowanie.

Nowy rząd dostał od biznesu wysoki kredyt zaufania. Powinien z niego skorzystać i skierować polską gospodarkę na ambitną drogę inwestycji w skok technologiczny i wzrost produktywności.  Dopiero za tym przyjdzie wzrost dobrobytu Polaków.

 

 

Autor: Zbigniew Gajewski, partner w THINKTANK, redaktor naczelny THINKTANK Review, ekspert w zakresie wpływu nowych technologii na biznes i życie społeczne, autor raportów i analiz makroekonomicznych.


 width=