Przyszłość demokracji: walka rządów z gigantami
cyfrowymi

11.10.2021 | Magazyn nr 40

Home 5 THINKTANK REVIEW 5 Magazyn nr 40 5 Przyszłość demokracji: walka rządów z gigantami
cyfrowymi

Nowe media i komunikatory zawładnęły naszym życiem zawodowym, towarzyskim a nawet politycznym. Jesteśmy do nich stale podłączeni, a jak na chwilę nie mamy internetu czujemy się dyskomfortowo. Kiedy ostatnio Facebook, Whatsapp i Instagram (należące do tego samego właściciela) uległy awarii na kilka godzin, cały świat zamarł. Współczesne technologie nie tylko wyłamują się tradycyjnym klasyfikacjom, ale i są wciąż poza kontrolą. Stały się autonomicznym systemem, „państwem w państwie”, któremu samemu niełatwo reagować na zachodzące w nim nieprawidłowości. Jednocześnie, technologiczni giganci uzyskali władzę większą niż rządy wielu krajów. Arbitralnie decydując, kto może mieć dostęp do Facebooka czy Twittera, mogą zsyłać w komunikacyjny niebyt nawet politycznych liderów największych mocarstw, o czym się przekonał m.in. prezydent Trump.

Informacja zyskała zupełnie nowe wymiary a zarazem pojawiła się masowa dezinformacja, zanieczyszczająca internet podobnie jak gazy cieplarniane zanieczyszczają środowisko naturalne. Obok chmury pyłu i dziur ozonowych, które powodują zmianę klimatu na Ziemi, mamy więc do czynienia z „chmurą kłamstwa”, która infekuje demokrację.

Jak sobie radzić z narastającymi wyzwaniami epoki cyfrowej, fake newsami, potęgą koncernów nowych technologii i dążeniem rządów do sprawowania kontroli nad treściami publikowanymi w Sieci? Rozmawiają o tym: Sabina Inderjit – dyrektor indyjskiej agencji informacyjnej INFA i wiceprzewodniczącą Międzynarodowej Federacji Dziennikarzy (IFJ); dr James B. Baty – członek Rady Doradczej Dyrektorów funduszu US Capital Global oraz Supreet Singh Manchanda – inwestor i prezes jednego z funduszy w amerykańskiej Dolinie Krzemowej.

 

Małgorzata Bonikowska, THINKTANK: Czym właściwie są media społecznościowe, jak je traktować? Czy to media – a więc powinny ponosić odpowiedzialność za to co tam jest publikowane? A może przedsięwzięcia biznesowe – a więc ich monopol czy dominującą pozycję należałoby ograniczać prawnie, a nawet całkowicie ograniczyć np. poprzez podział? A może to tylko neutralne platformy komunikacyjne, których nie można obciążać winą za wklejane tam treści – a więc trzeba stworzyć system regulacji i „przepisów ruchu drogowego”, za których złamanie internauci powinni być pociągani do odpowiedzialności przez wymiar sprawiedliwości?

Sabina Inderjit: Nie możemy traktować mediów społecznościowych na równi z mediami tradycyjnymi, funkcjonują bowiem w zupełnie inny sposób. Zawodowi dziennikarze i wydawcy ponoszą odpowiedzialność prawną za to, co publikują i można ich pozwać do sądu. Obowiązuje ich także kodeks etyczny, zasady związane z wykonywaniem tego zawodu oraz regulacje związane z działaniem rynku mediów, np. koncesje. Tymczasem tego wszystkiego nie ma w internecie. Umieszczając komentarze, teksty czy inne posty na Facebooku, Twitterze czy Instagramie internauta nie staje się od razu dziennikarzem. Często jest anonimowy i czuje się zupełnie bezkarnie. Profesjonalne media są po to, aby informować opinię publiczną, patrzeć na ręce władzy i wzmacniać tym samym demokrację. Dziennikarstwo to nie tylko zawód – ale i misja.

Dr James B. Baty: Media społecznościowe powstały jako projekty informatyczne, rozwinęły umiejętności komercjalizacji a jednocześnie nabrały cech mediów. Stały się więc hybrydowe. To dziś kanały komunikacyjne, media i firmy – wszystko naraz, swoista trójwymiarowa rzeczywistość. Dlatego tak trudno do nich podejść twórcom prawa, regulator bowiem chce wiedzieć kogo i co reguluje. Sfera publiczna potrzebuje jasnych definicji i kategorii, a technologiczne giganty jak na razie się wymykają.

 

 width=

 

Małgorzata Bonikowska: Jakie to powoduje skutki dla demokracji?

Dr James B. Baty: Działania technologicznych gigantów mają ogromne oddziaływanie na ludzi i politykę na wszystkich poziomach – od osobistego, przez lokalny i narodowy po globalny. Media społecznościowe zwiększają transparentność i dostęp obywateli do informacji, ale jednocześnie są dziś czynnikiem dużego ryzyka dla demokracji, przynosząc chaos informacyjny i destabilizację systemu. W dodatku, technologia dalej bardzo szybko się rozwija, wciąż tworzone są nowe przedsięwzięcia internetowe, aplikacje, komunikatory i algorytmy. To sprawia, że nawet naukowcy, analitycy za tym nie nadążają, a co dopiero sfera publiczna. Prawo tworzone przez regulatora jest już przestarzałe w momencie, kiedy wchodzi w życie a prawnicy, urzędnicy i politycy często nie rozumieją do końca niuansów funkcjonowania internetowego świata czy cyfrowego rynku. To wielki problem, bo trudno ustalić dobre reguły do czegoś, o czym ma się słabe pojęcie.

Francis Fukuyama w 1992 roku wysunął tezę, że jesteśmy u końca historii i że liberalna demokracja wygrała konfrontację z autorytaryzmem. Dziś demokracja jest znów w impasie, podgryzana przez autorytarne systemy wykorzystujące technologię i internet do manipulowania, dezinformowania i destabilizowania. W marcu 2021 roku rządy Niemiec, Danii, Finlandii, Estonii zwróciły się z apelem do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen o przyspieszenie transformacji cyfrowej i zwiększenia zdolności Unii Europejskiej do stanowienia zasad i reguł w Internecie. Problem w tym, że nawet jeśli Europa znajdzie na to optymalny sposób, decyzje te nie obejmą innych części świata.

 

 width=

 

Supreet Singh Manchanda: Znajdujemy się w niefortunnej sytuacji, bo musimy stosować stare etykiety do zupełnie nowych zjawisk. Innowacyjne technologie w branży komunikacji i mediów powstały po to, by umożliwić lepszą łączność pomiędzy jak największą liczbą ludzi, a w konsekwencji –  pomogły zwiększyć aktywność obywateli i wzmocnić dialog społeczny. Ale jednocześnie otworzyły możliwość wypowiadania się wszystkim i w każdy sposób, co przyczyniło się do pogłębienia polaryzacji, radykalizacji języka debaty publicznej i rozwinięcia mowy nienawiści.

Technologie informacyjne i komunikacyjne mają więc dwa oblicza, podobnie jak nóż. Mogą kroić chleb ale i ranić, a nawet zabijać. Ja sam inwestuję w tego typu przedsięwzięcia, bo uważam, że to nie tylko biznes, ale i narzędzie naprawiania świata, pod warunkiem, że będziemy ich używać mądrze. Miliardy ludzi mogą dziś się komunikować globalnie, a granice i odległości geograficzne straciły znaczenie. To wielka wartość. Nie przeżylibyśmy pandemii bez technologii. Ale jednocześnie, internet i algorytmy otworzyły nas na cyberzagrożenia i manipulację informacjami na nie spotykaną dotąd skalę. Dlatego uważam, że wkraczamy w nowy etap rozwoju społeczeństwa, w epokę cyfrowych praw człowieka i stworzenia systemu odpowiedzialności za to, co trafia do sieci.

Dr James B. Baty : Istnieje niewątpliwie potrzeba samoregulacji przez koncerny takie jak  Facebook czy Twitter. Ale jednocześnie i państwo powinno wprowadzać zasady, działając przy tym w porozumieniu z organizacjami międzynarodowymi, takimi jak na przykład Międzynarodowa Unia Telekomunikacyjna, ONZ czy Unia Europejska. W przestrzenii transatlantyckiej, Bruksela i Waszyngton powinny ze sobą współpracować w tym zakresie. Chodzi nie tylko o ochronę przez cyberatakami czy nadużyciami, ale także o obronę liberalnej demokracji. Zresztą Unia Europejska już teraz przoduje w zakresie ochrony prywatności, danych osobowych, czego najlepszym przykładem jest RODO (GDPR – General Data Protection Regulation), które stało się cenionym modelem współpracy międzynarodowej w zakresie ochrony danych. Teraz potrzebujemy modelu ochrony cyfrowych praw człowieka.

 

 

 width=

 

Małgorzata Bonikowska: A jak można skutecznie zwalczać coraz powszechniejszą dezinformację w internecie? To ważne zwłaszcza w kontekście krajów demokratycznych, w których polityka opiera się na woli obywateli wyrażanej m.in. w wolnych wyborach. Obywatele natomiast są nieustannie bombardowani treściami różnej wartości. Współczesną plagą jest „internetowy analfabetyzm” czyli podatność na półprawdy i dezinformację i nieumiejętność krytycznego myślenia.

Dr James B. Baty: Rozwój technologiczny w branży telekomunikacji i mediów jest już tak zaawansowany, że jednostka samodzielnie nie jest w stanie nic z dezinformacją zrobić. Nie wygramy z algorytmami, zwłaszcza że najczęściej nie mamy pojęcia o ich istnieniu, bo działają w sposób niewidoczny. Ponadto, środowisko cyfrowe staje się coraz bardziej autonomiczne, co utrudnia fact-checking. Walkę dezinformacji wydały same media społecznościowe i częściowo państwa. Obecnie, istnieją już dosyć skuteczne sposoby zwiększenia bezpieczeństwa w Sieci. Jednym z nich jest szersze zastosowanie certyfikatów tożsamości, które mogą usprawnić eliminację fake newsów.  W zakresie walki z manipulowaniem informacją, dużą rolę mogą odegrać organizacje dziennikarskie, pilnujące rzetelności w komunikacji. Chodzi nie tylko o pomoc w identyfikowaniu prawdziwych wiadomości, ale i w sprostaniu nowym wyzwaniom. Można to przyrównać do walki z zanieczyszczaniem środowiska, powodującym ocieplanie się klimatu. Dezinformacja to brud w internecie, powodujący ogłupianie ludzi. Powoduje chaos w świecie wirtualnym, ale także wpływa na naszą psychikę w świecie realnym. Przy tym jednak obserwujemy interesujący trend: wielu dziennikarzy odchodzi od tradycyjnych mediów i publikuje bezpośrednio w mediach społecznościowych. To zjawisko może polepszyć jakość newsów i zwiększyć wiarygodność informacji, jakie są dostępne w Sieci. Poza tym, dla łatwiejszego radzenia sobie ze wspomnianym zalewem informacji należy być może zastanowić się nad oddzieleniem komponentu komunikacyjnego wielkich koncernów oferujących komunikatory internetowe, od dziennikarstwa i reklamy.

Supreet Singh Manchanda: Rząd – co oczywiste – chce zarządzać informacją i kontrolować jej przepływ, porządkować go.  Z drugiej zaś strony, obywatele chcą mieć dostęp do informacji nie poddanej cenzurze. To zupełnie naturalne, ale związany jest z tą dychotomią oczekiwań problem radzenia sobie z dezinformacją. Kwestia tworzenia i rozpowszechniania w Sieci informacji nieprawdziwych musi być rozwiązana w sposób systemowy. To jedyna realna i racjonalna mozliwość. Sądzę, ze z czasem powstanie taki system, w ramach którego osoby czy instytucje publikujące fake newsy będą ponosić konsekwencje finansowe. To byłoby dobre rozwiązanie. Odwieczny problem to rzecz jasna ustalenie granic, co można publikować, a czego nie. No i trzeba będzie znaleźć skuteczne sposoby zarabiania na publikowaniu prawdy, bo na razie odkryliśmy, że publikowanie kłamstw przyciąga większą uwagę ludzi i biznesowo bardziej się niestety opłaca.

Sabina Inderjit: Rodzi się ważne pytanie, jak daleko mogą się posunąć platformy w usuwaniu treści – zarówno z własnej inicjatywy jak i pod wpływem nacisku z zewnątrz. Na przykład w moim kraju, Indiach, rząd ma narzędzia wpływu na klasyczne media, a teraz chce mieć więcej kontroli nad mediami społecznościowymi. Chodzi nie tyle o ochronę obywateli, co o cenzurę treści, które nie są po myśli władzy. Mamy więc obecnie wojnę rządu z twitterem, który blokuje konta niektórym ministrom a nie chce blokować – na wniosek władzy – aktywistom informującym na przykład o fatalnym stanie służby zdrowia. Dlatego próby odgórnego regulowania mediów społecznościowych muszą być sprawiedliwe. Rząd nie może tworzyć praw ograniczających nowe media po to, aby ograniczać demokrację i wolność słowa. Trzeba blokować konta i kasować wpisy, które szkodzą harmonii społecznej, czy bezpieczeństwu państwa, ale nie można działać przeciwko obywatelom, którzy nie zgadzają się z rządem. Najlepszym rozwiązaniem byłoby powołanie Rzecznika Praw Obywateli w Internecie. Dużą rolę mogłyby tez odegrać fachowe ciała kolegialne przy platformach cyfrowych. Z pewnością, w samych mediach społecznościowych musi istnieć pion fact-checkingowy, ale sposób, w jaki te treści są weryfikowane, musi być transparentny i jasny. 

 

Tekst powstał na podstawie rozmowy przeprowadzonej podczas konferencji Masters and Robots,
22 września 2021.

 

 

POWRÓT ↵

 width=