Różnorodność to nadal wyzwanie

Czy i w jakich wymiarach Polska jest różnorodna? Czy Polacy akceptują różnorodność i czy pod tym względem zbliżamy się do zachodnioeuropejskich, bardziej tolerancyjnych społeczeństw? Czy rozwiązaliśmy już kwestię równości kobiet i mężczyzn na rynku pracy? Te i inne pytania stawiali sobie goście kolejnego Salonu Inspiracji.

 

Salony Inspiracji to inicjatywa służąca refleksji nad zmieniającym się światem. W czasach pełnych zawirowań nawiązuje do polskiej oświeceniowej tradycji salonów towarzysko-dyskusyjnych. Pomysłodawcą cyklu jest Darek Radtke, a realizują go wspólnie: Grupa Warszawa, ośrodek THINKTANK i Galeria Szydłowski. Rozmowy dotyczą ludzkiego wymiaru współczesnego świata – otwartości, samotności, odpowiedzialności, społecznych lęków, wspólnoty, kondycji państwa i przyszłości.

Spotkanie, które odbyło się 22 czerwca 2022 r., dotyczyło różnorodności. Gośćmi specjalnymi byli:

  • Dr Aleksandra Hirszfeld, filozofka, krytyczka sztuki i animatorka kultury, autorka i producentka projektów artystyczno-społecznych
  • dr hab. Monika Płatek, kierowniczka zakładu Kryminologii w Instytucie Prawa Karnego, Uniwersytet Warszawski
  • dr hab. Krzysztof Rybiński, ekonomista i publicysta, profesor nauk społecznych, były wiceprezes Narodowego Banku Polskiego, Akademia Finansów i Biznesu Vistula.

 

Zdefiniujmy problem

Panuje u nas powszechne przekonanie, że jesteśmy krajem jednolitym narodowościowo. Jest ono na tyle silnie zakorzenione, że utrudnia dostrzeżenie nielicznych, ale obecnych wśród nas mniejszości narodowych. Spis powszechny z 2011 r. wykazał, że żyją w Polsce Białorusini, Czesi, Litwini, Niemcy, Ormianie, Rosjanie, Słowacy, Ukraińcy i Żydzi. Oprócz nich ustawa o mniejszościach uznaje jeszcze cztery mniejszości etniczne: Karaimów, Łemków, Romów i Tatarów. W sumie przynależność do jednej z tych grup deklarowało podczas spisu pół miliona osób, czyli nieco powyżej 1 proc. obywateli. To niby niewiele.

– Ale czy ten fakt może być przyczyną, że nie rozwinęła się u nas dostatecznie powszechna otwartość na innych? – zastanawiała się prof. Płatek. Wciąż nie jesteśmy społeczeństwem dostrzegającym i w pełni akceptującym osoby różniące się jakąkolwiek cechą od jednorodnej większości. Dotyczy to nie tylko innych narodowości, ale też niepełnosprawnych, ludzi o innych kolorach skóry czy mniejszości seksualnych.

– Tymczasem akceptacja wszystkich wymiarów różnorodności powinna być społeczną normą – akcentowała dr Hirszfeld. Bo różnice między ludźmi obiektywnie istnieją i mają często poważne konsekwencje indywidualne i społeczne. Odmienność bywa złowrogim piętnem, na które nikt nie zasłużył. Dlatego powinniśmy nie tylko być otwarci na różnorodność, ale nauczyć się ją zauważać i odpowiednio na nią reagować. To znaczy umieć odczytywać sygnały, że ten „Inny” potrzebuje naszej uwagi i wsparcia.

Zdaniem prof. Rybińskiego do istotnych czynników różnicujących społeczeństwo w naszym kraju należy dodać wiek i wykształcenie. Szczególnie ten pierwszy nabiera coraz większej wagi. Dyskryminacja z powodu dojrzałego wieku dotyka ludzi, których PESEL zaczyna się cyfrą pięć lub sześć. Osoby urodzone w latach 50. I 60. nie mogą dziś znaleźć atrakcyjnej pracy. Rynek ich nie dostrzega i nie potrzebuje, a to rodzi frustrację i poczucie krzywdy. Tej konstatacji towarzyszył pogląd innej dyskutantki, że po żydach, gejach, gender, uchodźcach następnym wrogiem, którego wykreują politycy, mogą być ci „starzy”.

Uczestnicy dyskusji podkreślali, że istotnym warunkiem afirmacji różnorodności jest samoakceptacja jednostek. Ludzie muszą myśleć o sobie pozytywnie, a społeczeństwo, zwłaszcza rodzina i szkoła, powinny ich tego nauczyć. To jest bezwzględny warunek, aby w pełni akceptować innych ludzi, mimo że są chorzy, łysi, grubi, wytatuowani, jeżdżą na wózkach inwalidzkich albo ich skóra ma inny kolor od naszej.

 

 

Ile mamy do nadrobienia?

Dużo, bardzo dużo – to była zgodna opinia dyskutantów. Wskazuje na to choćby przykład rezydentki psychiatrii Julii Pankiewicz, która została niedawno koordynatorką do spraw kobiet i walki z dyskryminacją w Regionie Mazowieckim Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. Komunikat z informacją na ten temat zawierał zdjęcie J. Pankiewicz, na którym ma ona całkowicie ogoloną głowę. I natychmiast zalała ją w mediach społecznościowych fala nienawiści. To oznacza, że w Polsce nie oceniamy ludzi ze względu na ich kwalifikacje, tylko przez pryzmat nietypowego wyglądu. 

Przyczyną nietolerancji może być także społeczny lęk. Nie bez powodu, argumentował Jacek Moritz, przedsiębiorca, w krajach zamożnych jest więcej tolerancji dla odmienności. Ludzie pewni swojej pozycji materialnej i społecznej łatwiej akceptują obcych. Ci biedniejsi martwią się o swoje miejsca pracy, o bezpieczeństwo na ulicy, o perspektywy swoich dzieci. W ich rozumieniu obcy są zagrożeniem dla tych potrzeb i aspiracji. Dopiero społeczeństwa, które pozbędą się takich lęków, będą otwarte na różnorodność.

– Ale czy na pewno to jest jednokierunkowa zależność? – pytała prof. M. Płatek. Może to działa w odwrotną stronę? Może ten naród jest wielki, który jest różnorodny i to dzięki różnorodności jest bogaty i pozbawiony egzystencjalnych lęków? Trzeba jeszcze pamiętać, że zarówno w krajach biednych, jak i bogatych społeczny strach podsycają niektórzy politycy. Obcy, imigranci to dla nich świetny pretekst do zbijania kapitału politycznego. Jednym lekarstwem na ich demagogię jest krytyczne myślenie. Tego musi uczyć rodzina, szkoła i media. 

Ale czy w dyskusji o różnorodności można wygłaszać opinie uogólniające i jednoznaczne? Kiedy powinniśmy uznać, że społeczeństwo jest różnorodne? Gdy mieszka w nim 32 proc. imigrantów, czy dopiero gdy jest ich dwa razy tyle? W rozmowie pojawił się postulat, żeby wnikliwiej badać i różnicować oceny co do poziomu tolerancji w Polsce. Występują u nas bowiem zarówno zjawiska skrajnej nietolerancji, jak i pełniej akceptacji osób odmiennych.

W odpowiedzi na zarzut, że takie dyskusje jak ta na Zachodzie już dawno przebrzmiały, prof. M. Płatek przypomina, że Polska jest prowincjonalnym krajem. Trzeba było cara rosyjskiego, żeby dopiero w 1863 r.  skończyło się na ziemiach polskich niewolnictwo zwane pańszczyzną. Skutkiem tego jest folwark nadal obecny w naszej zbiorowej mentalności. Mamy rządy folwarczne i myślenie folwarczne.

Kto jest odpowiedzialny za kształtowanie w społeczeństwie otwartości i akceptacji różnorodności? Zapewne bardzo dużo może w tej sprawie zrobić system edukacyjny. Ale czy szkoły i uniwersytety wypełniają tę misję?  

– W Akademii Finansów i Biznesu Vistula studiują ludzie z ponad stu krajów. Niesamowitym pozytywnym doświadczeniem są zajęcia w grupie studentów z dwudziestu-trzydziestu krajów o różnych kolorach skóry i wyznających różne religie. To praktyczna lekcja tolerancji i otwartości – opowiada prof. Rybiński. Jego zdaniem proces uczenia się w takiej grupie jest znacznie ciekawszy niż w grupie homogenicznej. Także z innych jego doświadczeń w Polsce i za granicą wynika, że różnorodność jest wielką wartością w edukacji i ma wielką moc kształtowania otwartości.

 

Młode pokolenie w awangardzie

Niektórzy z uczestników dyskusji stanowczo sprzeciwili się tezie, że wszyscy Polacy są nietolerancyjni wobec przejawów różnorodności. Zdaniem Agnieszki Ostrowskiej z Centrum Stosunków Międzynarodowych całkowicie odmienne postawy ma najmłodsze pokolenie, tzw. zetki. Dla nich to zupełnie normalne, że jest więcej płci i orientacji seksualnych niż dwie, że geje i lesbijki zawierają małżeństwa. Młodzi nie mają też nic przeciwko związkom ludzi różnych ras. To pokolenie zrobiło wielki krok w kierunku pełnej akceptacji wszelkich nie-normatywności. Ono nie żyje w lęku przed obcymi.

Poparła ten pogląd najmłodsza, 18-letnia dyskutantka i tegoroczna maturzystka Anna Ostrowska. Ona i jej koledzy nie zauważają zewnętrznych oznak inności ludzi. Patrząc na kogoś nowego myślą raczej: „o, fajny człowiek, może się zaprzyjaźnię”. Irytują ich takie wyróżniki w grupie jak status materialny czy orientacja seksualna. Nie lubią, gdy starsze pokolenia opisują ich kolegów czy koleżanki według takich kryteriów. „Na przykład zamiast mówić, że dziecko ma kilku przyjaciół gejów, powinni zwrócić uwagę, że ma ono kilku dobrych przyjaciół”- zasugerowała maturzystka. I zgodziła się z tezą, że pełną tolerancję wobec różnorodności w Polsce osiągnie dopiero kolejne pokolenie. Dr A. Hirszfeld dodała, że w kontaktach zawodowych z 20-latkami nie zauważyła najmniejszych oznak wojny płci. „Oni tego problemu nie rozumieją, bo on w ich pokoleniu nie występuje”.

Ekonomistka Alicja Defratyka cieszy się, że młodzi są tacy otwarci. Podkreśla jednak, że osób w grupie wiekowej 18-29 jest w naszym kraju 5 mln, a pokolenie 60 plus, wyrosłe w innym systemie edukacji i wartości, liczy 10 mln.  Jej zdaniem otwartość młodych nie wystarczy, żeby zmieniło się szybko całe społeczeństwo.

Inni uczestnicy dyskusji zauważyli, że młode pokolenie też ma swoje lęki. Przede wszystkim boi się skutków kryzysu klimatycznego. To jest wątek, który ich jednoczy i staje się pokoleniowym wyzwaniem. Ten temat dla młodych jest tak istotny, że spycha na dalszy plan kwestie związane z różnorodnością.

Prof. M. Płatek uważa, że młodzi są dzisiaj tacy jacy są, bo to jej pokolenie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych zaczęło rewolucję feministyczną. Bez tego nie byłoby tych zmian. Dodaje również, że sposób, w jaki są urządzone podstawowe sprawy społeczno-rodzinne służy dyskryminacji i konserwuje nierówności. W dodatku te 10 mln starszych osób w większości głosuje na partię, która temu sprzyja.

 

 

Korzyści w biznesie

Ewa Łabno-Falęcka, przedstawicielka Mercedes-Benz Poland wolałaby rozmawiać o różnorodności jako o bogactwie, a nie w kontekście lęków i podziałów. W 25-tysiecznym Jaworze na Dolnym Śląsku Mercedes ma fabrykę silników i baterii. Pracują w niej ludzie z różnych stron świata.  Jest dwóch Brazylijczyków, są Tunezyjczycy i wielu innych. Choć to innowacyjna, specjalistyczna fabryka, 46 proc. załogi to kobiety. Dla społeczności Jawora to nie jest żaden problem. Z tej różnorodności wynika więc istotna korzyść społeczna, a są też korzyści ekonomiczne. Polityka kadrowa tej firmy stawia na zróżnicowane zespoły. Gdy trzeba zatrudnić trzy nowe osoby, to angaż trzech białych, najlepszych polskich studentów nie jest optymalnym wyborem.  Bo oni wszyscy będą myśleli tak samo. Nie spojrzą na problem z różnych perspektyw, ponieważ są wychowani mniej więcej w tym samym środowisku i w tej samej szkole. Doświadczenie potwierdza, że różnorodność daje znacznie więcej możliwości.

A jak różnorodność wpływa na wzrost dochodu narodowego, produktywność firm i inne miary efektywności, na przykład na stopę zwrotu z aktywów?  Prof. K. Rybiński odpowiada, że nie znalazł w literaturze naukowej dowodów, iż różnorodność jest dobra na wszystko. Na przykład w firmach tradycyjnych różnorodność kulturowa pracowników wpływa na stopę zwrotu z aktywów negatywnie, natomiast w firmach technologicznych – bardzo pozytywnie. W miastach amerykańskich, gdzie jest duży napływ zróżnicowanych kulturowo imigrantów, rośnie bogactwo rdzennych mieszkańców. Więcej zarabiają i stawki wynajmu czynszu w domach i mieszkaniach są tam wyższe. Ale na przykład różnorodność kulturowa w radach nadzorczych firm jest niekorzystna dla tych firm. Występują tam problemy z komunikacją i integracją.  

Z kolei badania Międzynarodowego Funduszu Walutowego pokazują, że budowanie różnorodności przez imigrację i nie tylko, ma dwa efekty. W pierwszych pięciu-dziesięciu latach pojawiają się głównie koszty. W dłuższym okresie, na przestrzeni kilku dekad, notuje się wyraźne korzyści. Wyzwaniem dla polityków i ekonomistów jest zaprojektowanie takiej polityki gospodarczej, która przekona ludzi, by zaakceptowali te koszty krótkiego okresu, abyśmy mogli wszyscy cieszyć się korzyściami długookresowymi. To jest bardzo trudne. Z tym wyzwaniem Polska radzi sobie nie najlepiej.

 

 

Diversity wciąż kontrowersyjne

Nie wszyscy dyskutanci byli przekonani, że trzeba dążyć do różnorodności za wszelką cenę. Jarosław Kołodziej, menedżer, nie jest fanem diversity. Uważa, że dyktatura poprawności w tym zakresie czasami wywołuje w firmach zachowania sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i ich interesem. Ponadto są sektory i branże, jak hutnictwo, górnictwo, budowa autostrad, w których nie da się wprowadzić parytetów. Za patologiczne uważa obecne wymogi prawne w spółkach publicznych co do równoważnej obecności mężczyzn i kobiet w zarządach. Jego zdaniem, idea, żeby firmami kierowali ludzie o różnych doświadczeniach, wrażliwości i punktach widzenia jest słuszna, natomiast nakazywanie, aby tyle samo osób chodziło do męskiej i damskiej toalety to słabo uzasadniona regulacja.

Zarówno ta wypowiedź, jak i cały temat różnorodności wywołały wśród dyskutantów sporo emocji. Prof. M. Płatek zwróciła uwagę, że mimo wieloletniej debaty publicznej oraz regulacji Unii Europejskiej, nierówność kobiet i mężczyzn na rynku pracy i w przestrzeni publicznej występuje nadal. Wciąż istnieją zawody zarezerwowane dla mężczyzn, którym płaci się więcej, oraz zawody sfeminizowane, w których kobiety otrzymują niższe stawki.

Potwierdza to prof. K. Rybiński i przytacza badania, z których wynika, że gdy kobieta szuka pracy w wyszukiwarce Google, to wyświetlają się jej reklamy miejsc z wynagrodzeniem średnio 30 proc. niższym niż gdy takiej samej pracy szuka mężczyzna z podobnym CV i z tymi samymi umiejętnościami. Jego zdaniem wynika to jednak z faktu, że kobiety oczekują niższych płac, co Google „wie” na podstawie historii wyszukiwań. Prof. K. Rybiński sugeruje paniom, aby wyzwoliły się z takich samoograniczeń.

W opinii innej dyskutantki kobiety aplikują o pracę dopiero wtedy, gdy spełniają 80-90 proc. kryteriów podanych w ogłoszeniu, natomiast mężczyźni już wtedy, gdy mają 30-40 proc. To oznacza, że panie rzeczywiście powinny obniżyć sobie poprzeczkę, zlikwidować bariery, które mają we własnych głowach. Ekonomistka Lidia Adamska zadeklarowała, że właśnie dlatego jest zdecydowaną zwolenniczką parytetów i kwot wyrównujących obecność kobiet na stanowiskach kierowniczych w biznesie i życiu publicznym. Inaczej nie uda się zmienić faktu, że na przykład na stanowiskach decyzyjnych w spółkach notowanych na giełdzie warszawskiej jest aż 80-90 proc. mężczyzn.

Zdaniem Katarzyny Maniszewskiej z Collegium Civitas, różnorodność w wymiarze kulturowym stała w Polsce faktem, ale jeszcze nie wszędzie i pozostaje wciąż sporym wyzwaniem dla społeczeństwa. Tego procesu nie da się jednak zatrzymać. Jednym z ważniejszych czynników przyspieszonego otwierania się na inność staje się obecność dwóch milionów Ukraińców w naszym kraju. Kluczem do akceptacji różnorodności jest szacunek, którego musimy się nawzajem uczyć.

 

Oprac. Zbigniew Gajewski, partner w THINKTANK

 

POWRÓT ↵


[/vc_column_text][/vc_column]

[/vc_row]

Wpisz wyszukiwany termin powyżej i naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Wróć do góry