Słowo na dobry początek

01.02.2021 | Naszym zdaniem

Home 5 Naszym zdaniem 5 Słowo na dobry początek

Ekspedientka w sklepie odbierała ode mnie drobną sumę w monetach, przeliczała grosze i nagle jednym, zdecydowanym ruchem odsunęła na bok zabłąkaną tam dziesięciocentówkę USA.

To nie pieniądz, proszę pana! – orzekła dobitnie. Amerykańska moneta to nie pieniądz! I ja to słyszę w Polsce?

Mógłbym słowa te puścić mimo uszu jako zwykły lapsus, gdyby nie padły akurat w tych dniach. Przepełniało mnie rozczarowanie i zniesmaczenie trampowską Ameryką ostatniego czasu, skoncentrowaną na budowaniu murów i szczuciu na obcych, na bredniach osiągających moc prezydenckiej wykładni, kłamstwach wykrzykiwanych z fotela przypisanego niegdyś przywódcy świata, na dzikich ludziach ubranych w bawole skóry wdzierających się do niegdysiejszego serca demokracji – Kongresu USA w obronie „racji ludu” i jego prawdy…

Przepełniało mnie rozczarowanie i zawstydzenie, że nadeszła taka właśnie starość Herosa, któremu – otwarcie lub skrycie – przypisywaliśmy koronę naszych czasów. Czy to koniec american dream? Do niedawna byłem przekonany, że tak.

Wtedy na monumentalnych schodach Kapitolu pojawiła się dwudziestoletnia dziewczyna ujmująca wrażliwością oraz ogromną pewnością siebie. Śmiałym, dźwięcznym głosem zwróciła się nie tylko do Prezydenta mocarstwa, ale do całej Ameryki. Świadomy głos czarnej Amerykanki dochodził nawet do Całego Świata!

Gdy nadchodzi dzień, szukamy światła w tym niekończącym się cieniu – wypowiedziała pierwsze słowa wiersza, słowa głosu rozpaczy i zarazem manifestu dwudziestolatków. Od tego momentu nikt nie mógł już przerwać słuchania. Nie wiem, jak odbierali ją młodzi, ale my – starsi nie mogliśmy nie pomyśleć o swoich dzieciach.

Dalej mówiła za siebie i za rówieśników: dowiedzieliśmy się, że cisza nie zawsze jest pokojem, a słowa o sprawiedliwości nie zawsze sprawiedliwość niosą. Kreśląc granicę tej myśli, nie dała miejsca pretensjom, nie postawiła pytań. Stwierdziła z naturalnym, młodzieńczym zdecydowaniem: A jednak – zanim się zorientowaliśmy – świt stał się nasz. Jakoś w ten dzień wchodzimy.

Prezydent Stanów Zjednoczonych, zebrani pod Kapitolem i niezliczeni odbiorcy transmisji w całym współczesnym świecie musieli poczuć, że w tej chwili nie chodzi tylko o przekazanie władzy nad dużą częścią świata prawie osiemdziesięcioletniemu człowiekowi, lecz o przekazanie tego świata młodym.

To dwudziestodwuletnia poetka Amanda Gorman słowami swojego poematu pokazała, jaki świat oddajemy młodym. Świat gorszy od tego otrzymanego od rodziców. Świat, w którym – pomimo lotów w kosmos i oszałamiających technologii – plujemy na siebie i się bombardujemy, wzajemnie niszczymy. Każdy wie, że tacy właśnie jesteśmy. Dla nas jednak winni są „oni”, tyle że dla „onych” winnymi jesteśmy my.

Ubrana w żółty, feministyczny płaszcz od Prady czarnoskóra poetka wyznała: Z każdym oddechem z mojej bijącej czernią piersi przemieniamy ten zraniony świat w cudowny. (…) I każdy znany zakątek zwany naszym krajem, nasz naród różnorodny i piękny wyjdzie zwycięsko – zapowiedziała z przejęciem. Dała słuchaczom nadzieję i pociechę w tym przekazaniu pałeczki, dodała otuchy, zniwelowała niepokój i wstyd. Nie obyło się jednak bez zadumy czy wahania. Zawsze jest światło, jeśli tylko odważymy się je zobaczyć, byle by tylko nie zabrakło nam odwagi – konkludowała w swym żarliwym poemacie.

Później dowiedzieliśmy się, że na świecie wykupiono wszystkie płaszcze od Prady a „klikalność” nazwiska Gorman powoduje zawieszanie sieci. Może to znaczyć, że transmisja telewizyjna zadziałała jak reklama i zrobiła swoje. Może też znaczyć, że słowa młodej poetki nie poleciały jedynie w eter, ale że trafiły do serc. Tak jak do mnie. Oby.

To wszystko tylko chwile, może nawet jedynie złudzenia. Ale czy to nie one przemieniają nasz los? Inaczej patrzę na Amerykę, gdy nowy prezydent USA na oczach całego świata oddaje głos dwudziestoletniej poetce, wspierając tym wartość jej słów.

Na początku było słowo. Teraz mamy słowo na nowy, oby dobry początek.

* Poemat „The Hill we Climb” Amandy Gormans – tłumaczenie własne.

 

autor: Daniel Wójtowicz, niezależny publicysta