Te mury runą…

 

W Europie najdłuższą granicę otoczoną murami mają Węgry. Ale Europa broni się przed uchodźcami w wielu innych miejscach. Mury stoją na północnych krańcach Norwegii oraz na południu hiszpańskich enklaw w Afryce Północnej – Ceuty i Melilli. Europejczycy bronią się przed Obcymi także w Grecji i Bułgarii. Estonia, Łotwa i Litwa zabezpieczają murami swoje granice z Rosją. W niektórych miejscach wysokość zabezpieczeń dochodzi do sześciu metrów. Pierwsze z nich zaczęły powstawać na europejskich granicach jeszcze w latach 90.

 

Dziś najświeższym „bohaterem” walki z „najeźdźcami” jest Polska. Zbudowaliśmy już zasieki na granicy z Białorusią, a teraz za 1,6 mld zł ma tam powstać solidny 180-kilometrowy mur. Podobny plan zabezpieczenia się od strony Białorusinów ma Litwa. Wilno chce w ten sposób chronić 508 z 670 km granicy z Białorusią. Budowa ma potrwać dwa lata i kosztować – uwaga: ok. 150 mln euro. Z porównania kosztów wynika, że warto zlecić budowę naszego wschodniego muru Litwinom – wyjdzie kilkakrotnie taniej.

Niby wszyscy wiemy, że ogromy skok migracji obserwowany na całym świecie jest wynikiem kryzysu klimatycznego. W uproszczeniu: ogromne obszary południowej półkuli Ziemi już nie mogą wyżywić i napoić swoich mieszkańców. To dlatego ruszają oni na Północ. Z powodu anomalii pogodowych i ich skutków szukają miejsca do przeżycia, co jest egzystencjalnym prawem i obowiązkiem każdego biologicznego bytu.

W porównaniu do liczby ludzkości zamieszkującej Południe obecne kilkadziesiąt mln (dane ONZ) migrantów klimatycznych to kropla w morzu. Australijski Institute for Economics and Peace prognozuje, że do 2050 r. zanik warunków do przeżycia dotknie 1,2 mld ludzi. Będą oni pochodzić głównie z 31 krajów Południa. Ruszą na Północ z powodu klęski głodu i braku wody.

Przeprowadźmy symulację. Dziś mieszkańcy Polski stanowią w przybliżeniu 0,5 proc. ludności Ziemi. Przyjmujmy, że za 30 lat będzie nas 34 mln (to prognozy demografów). Załóżmy, że do tego czasu świat nie zejdzie całkiem na złą drogę, a w Polsce już nie będzie rządziła ksenofobia i fałszywy patriotyzm.  Demokratyczne i empatyczne podejście powinno zatem skłonić przyszłych przywódców kraju do przyjęcia proporcjonalnej w stosunku do mieszkańców liczby uchodźców. Na Polskę przypadłby obowiązek przyjęcia ponad pół miliona (!) obcych nam kulturowo, religijnie i materialnie ludzi, mieszkańców ginącego Południa.

To raczej nie będzie mój problem. Wierzę jednak, że moje dzieci i wnuki uznają przyjęcie tych ludzi za oczywisty obowiązek.  Ale staram się uważnie obserwować otaczający świat i muszę się liczyć z przeciwną reakcją większości: ze wzrostem niechęci do Obcych i w Polsce, i w Europie oraz na pozostałych terytoriach północnych. Co wtedy?

 

 

Zastanawiam się nad tym, odkąd klika lat temu przeczytałem „Obóz Świętych”, powieść francuskiego pisarza Jeana Raspaila, wydaną po raz pierwszy (znowu uwaga!) w 1973 r. To dystopia opisująca zniszczenie zachodniej cywilizacji przez masową imigrację biedaków właśnie z Południa. W nękanych głodem i epidemiami krajach Orientu milion wściekłych ludzi opanowuje statki, barki i łodzie i rusza ku Europie.

Europejczycy prawidłowo przewidują, co ich czeka, ale nie potrafią wypracować zgodnej reakcji na „barbarzyński potop”.  Gdy politycy ostatecznie godzą się, że nie ma wyjścia: do armady rdzewiejących statków wpływających na Morze Śródziemne trzeba strzelać, europejscy żołnierze rzucają broń, bo przecież zostali wychowani w duchu pacyfizmu i odpowiedzialności za swoje wybory nawet wbrew prawu. Efekt? Europejska cywilizacja ginie pod naporem Obcych.

Autor tej powieści był zwolennikiem katolickiej prawicy. Długo przed powstaniem PiS-u zarzucał rozpoczynającej dopiero integrację Europie, że jest sparaliżowana duchowo i moralnie przez poprawność polityczną, nadmiar tolerancji i ideologię multi-kulti, co doprowadzi ją do zguby. Wizja Raspaila o setkach milionów uchodźców u bram Europy właśnie zaczyna się spełniać. Na razie budujemy mury. Prawdopodobnie wystarczą, dopóki atakują je tysiące biedaków. Ale nie powstrzymają przecież szturmu setek tysięcy i milionów. Co wtedy?

Większości z nas takie pytanie wydaje się retoryczne. Ale niech każdy z czytających spróbuje sobie odpowiedzieć: co zrobię, gdy u naszych granic staną setki tysięcy, a nawet miliony uchodźców?  Jaką decyzję podejmę sam albo co poradzę swoim dzieciom siedzącym za pulpitami do sterowania dronami bojowymi? Strzelać? Zdezerterować?

Ja nie mam wątpliwości. Jakkolwiek to trudne do wyobrażenia, musimy pogodzić się z wizją świata, w którym ponad miliard mieszkańców Południa przenosi się na Północ. Wszyscy razem zniszczyliśmy klimat na Ziemi (my nad równikiem w większym stopniu niż ci poniżej), a żadna technologia jeszcze długo nie przeniesie nas na inna planetę. Wiem, nikt osobiście nie poczuwa się do sprawstwa tej katastrofy. Ale wszyscy razem nie mamy alternatywy – musimy wziąć na siebie osobistą współodpowiedzialność za jej skutki.

Dziś mamy tylko dwa wyjścia. Pierwsze – natychmiast powstrzymać degradację klimatu i tym samym spowolnić imigrację z Południa do krajów bogatej i bezpieczniejszej Północy. Drugie – pogodzić się z Obcymi. Zaakceptować, że szybko staną się naszymi sąsiadami. Nauczyć się z nimi żyć. Pomóc im stanąć na nogi, byśmy nie musieli mieć wobec nich zgubnego poczucia wyższości.

 

 

Zbigniew Gajewski, partner THINKTANK. Ekspert w zakresie wpływu nowych technologii na biznes i życie społeczne oraz autor raportów i analiz makroekonomicznych. Wykładowca Collegium Civitas i SGH. Członek Rady Programowej FISE.

 

 

POWRÓT ↵

Zobacz również

Wpisz wyszukiwany termin powyżej i naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Wróć do góry