Pocovidowy wyścig gospodarczy

Truizmem jest stwierdzenie, że lockdown uderzył w gospodarkę. Wiemy, że niektóre sektory zostały ogromnie poturbowane, inne zaś stały się wygranymi covidowego zamieszania. Wszyscy obserwowaliśmy, jak poszybował w górę NASDAQ, a tym samym konkretne spółki technologiczne. Nie wszyscy w biznesie ucierpieli tak samo.

Z powodu pandemii cierpimy mniej, lub bardziej, wszyscy i, zanim odpowiemy na pytania związane z gospodarką i zasadnością wprowadzania bądź nie lockdownu, ludzkość musi zmierzyć się z potężnym dylematem etycznym. Musimy zdecydować, czy naszą powinnością jako tzw. społeczeństw Zachodu kierujących się ideą humanizmu jest nadal dbanie przede wszystkim o jednostkę – w tym tę najsłabszą. Czy może gotowi jesteśmy dopuścić swoistego rodzaju darwinizm społeczny i raczej bliższe jest nam stwierdzenie, że „nie stać nas na lockdown”? Jakie decyzje podejmiemy, gdy pojawi się druga, trzecia a nawet czwarta fala pandemii?

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że niestety darwinizm zwyciężył. W Polsce nad pandemią przeszliśmy do porządku dziennego. Niemal każdego dnia mamy coraz wyższą liczbę zachorowań, zdecydowanie przewyższającą tę z początku pandemii, gdy został wprowadzony najcięższy lockdown. Staramy się żyć normalnie, choć ciągle jesteśmy
w zawieszeniu.

W biznesie jest tak samo – też tkwimy gdzieś pośrodku. Dlaczego tak jest? Bo wciąż nie wiemy na jakim etapie pandemii jesteśmy. Na sześciu mędrców twierdzących, że już z niej wychodzimy znajdzie się pół tuzina obwieszczających kolejną falę zakażeń. Tak niejasna sytuacja wpływa na zachowania inwestycyjne firm, ale też inwestorów instytucjonalnych
i indywidualnych. Większość z nich stroni od podejmowania jednoznacznych decyzji zakupowych bądź sprzedażowych. Trudno się temu dziwić, bo kto dziś zdecyduje się zainwestować 50 mln zł w zwiększenie potencjału produkcyjnego firmy? Sądzę, że z takim spowolnieniem decyzji inwestycyjnych będziemy żyli przez najbliższy czas.

 

Pomoc przyjdzie z Unii

Polska nie jest sama ze swoimi problemami gospodarczymi. Wraz z innymi krajami dotkniętymi przez COVID-19, mamy realne szanse na pozyskanie z Unii aż 750 mld zł na odbudowę pocovidowej gospodarki. Niewątpliwie kwota jest imponująca. Kluczowe jest jednak, jakie będą zasady dystrybucji tych środków, a w szczególności, jakie będą kanały ich przekazywania. Nawet jeśli decyzje uruchamiające środki zapadałyby szybko, to pieniądze w gospodarce pojawią się nie wcześniej, niż za trzy lata, bo z reguły tyle trwa przygotowanie projektów inwestycyjnych. Czyli jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach. Przypomnijmy sobie Plan Junckera, gdzie przepływ środków do gospodarki w wielu krajach był niewielki i nowe kraje Unii Europejskiej, tzw. EU13, w tym Polska, skorzystały z nich w znikomym stopniu. Przeważająca część środków z Planu Junckera wylądowała
w najwyżej rozwiniętych krajach Unii, gdyż jedynie tam istniały przetestowane mechanizmy inwestowania pieniędzy publicznych w oparciu o kryteria rynkowe, m.in. partnerstwo publiczno-prywatne. Wygląda na to, że nadal nie jesteśmy przygotowani na absorbcję tych środków. Warto też pamiętać, że część tego zastrzyku gotówki trzeba będzie spłacić. Jeżeli pieniądze wpompowane w europejskie gospodarki faktycznie zwiększą konkurencyjność Europy, to ma to sens. Ale jeżeli cel ten nie zostanie osiągnięty, będziemy mieli potężny kłopot wart setki miliardów Euro.

 

Rzeczywisty front walki

W wyścigu technologicznym o innowacje Europa jest bardzo zapóźniona. Wciąż powtarzana mantra, że w końcu stanie się ona potęgą gospodarczą, nie staje się niestety samospełniającą się przepowiednią. Przynajmniej twarde dane na to nie wskazują. Nie ma żadnej wątpliwości, że obecny wyścig gospodarczy toczy się pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami i najprawdopodobniej w okolicach roku 2030 Chiny staną się liderem nie tylko gospodarczym, ale też militarnym. Stany Zjednoczone mają tego świadomość, więc istnieje ryzyko, że nowa zimna wojna może przerodzić się w gorącą wojnę, zgodnie z tzw. pułapką Tukidydesa. Niepokojące jest choćby to, co obecnie dzieje się na Morzu Południowochińskim, gdzie od około dekady Chiny zachowują się w sposób niezwykle prowokacyjny w stosunku do sąsiednich krajów. Ostatnio jednak to Stany Zjednoczone pod wpływem prezydenta Trumpa, zmierzającego do reelekcji w listopadzie, zaczynają zachowywać się w sposób coraz bardziej agresywny. W przypadku ponownego zwycięstwa Donalda Trumpa, nieobliczalność w polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych potrwa kolejne 4 lata i może doprowadzić do otwartych konfliktów.

 

Klimat szansą dla Europy

Czy zatem Europa w ogóle ma szansę zwyciężyć w tym wyścigu? Tak, jeśli rzeczywiście postawi na ochronę klimatu. Jeżeli przyjmiemy, że zielona bankowość czy zielone inwestycje w odnawialne źródła energii staną się domeną Unii, stworzymy swoją niszę. Europa na tym polu może stać się konkurencyjna. Tą dominacją nie są w tej chwili zainteresowane ani Stany Zjednoczone, które niezmiennie, przynajmniej głosem prezydenta Trumpa, kochają węgiel, ani Chiny, wprawdzie nominalnie deklarujące, że węgla nie kochają, lecz w tym samym czasie eksportujące technologie węglowe na cały świat. Europa ma szansę stać się potentatem. Czy rzeczywiście tak będzie? Zobaczymy, bo przed nami daleka droga.

Autor: Mariusz Grendowicz, ekonomista i bankowiec, przewodniczący Rady Fundacji WWF Polska, członek Rady Strategicznej THINKTANK

Zobacz również

Wpisz wyszukiwany termin powyżej i naciśnij Enter, aby wyszukać. Naciśnij ESC, aby anulować.

Wróć do góry