Wojna i świat po wojnie

19.04.2022 | Magazyn nr 42

Home 5 THINKTANK REVIEW 5 Magazyn nr 42 5 Wojna i świat po wojnie

Ekonomiczne i cywilizacyjne skutki inwazji

 

Nie sposób jeszcze przewidzieć wszystkich dalekosiężnych konsekwencji tej wojny ani w skali lokalnej, ani globalnej. Zaistniały konflikt i ostra rywalizacja świata Zachodu z autokracjami może doprowadzić do trwałego zerwania międzynarodowych więzi handlowych i inwestycyjnych, a w efekcie do historycznego odwrotu od globalizacji. Czy w to miejsce powstanie pustka albo nieprzyjazny nam wielobiegunowy porządek? A może Zachód się zjednoczy i przekona resztę świata, że choć w układaniu dotychczasowego ładu popełnił wiele grzechów, to jego odświeżona wizja przyszłości da narodom więcej szans na bezpieczeństwo i rozwój?  

 

 width=

 width=

 

Wielka niepewność towarzyszyła światowej gospodarce już przed wybuchem wojny. Jej poziom z powodu przyspieszającej rewolucji technologicznej, pandemii COCID-19 i postępującej dekompozycji ładu międzynarodowego był wręcz najwyższy od lat. Inwazja Rosji na Ukrainę dolała nowej oliwy do ognia. Teraz poczucie zagubienia sięga zenitu. Wiemy tylko, że będziemy gasić ten pożar przez wiele lat.

 

Ekonomiczne skutki inwazji

W pierwszym kwartale 2022 r. gospodarka Ukrainy w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku skurczyła się o 16 proc., a do końca roku PKB w tym kraju może spaść nawet o 45 proc.  Połowa firm w tym kraju zawiesiła działalność i 7-krotnie spadły wpływy podatkowe. Jednak jeszcze bardziej dotkliwe skutki wojny w tym kraju to zniszczenia infrastruktury, w I dekadzie kwietnia szacowane na 500 mld USD. Ekonomiczny wymiar będzie też mieć wywołana przez najeźdźcę katastrofa środowiskowa, której skutki według ekspertów będą odczuwalne przez co najmniej 100 lat.

Kosztem ekonomicznym będzie ponadto masowy exodus Ukraińców w wieku produkcyjnym, z których część może już nie wrócić, osłabiając i tak trudną (trudniejszą niż w Polsce) kondycję demograficzną naszego wschodniego sąsiada. A nad tym wszystkim, niezależnie od ostatecznego wyniku tej wojny, będzie wisiała rozległa powojenna trauma, też mająca swoją wymierną cenę.

Dla Europy pierwszą odczuwalną konsekwencją wojny jest ogromny napływ uchodźców. Większość z nich trafia do krajów UE, a najwięcej do Polski. Od początku agresji do 26 kwietnia br. nasze granice przekroczyło 3 mln Ukraińców. Ok. 1,3 mln z nich – to szacunki – pojechało dalej na Zachód. Pozostali chcą przeczekać wojnę u nas. Razem z ok. 700 tys. obywateli Ukrainy, którzy przejechali pracować przed wojną i są do dzisiaj (ok. 870 tys., głównie mężczyzn, wróciło do swojego kraju), daje to 2,3-2,5 mln migrantów w naszych granicach. W ten sposób Polska zaraz po Turcji ma najwięcej migrantów na świecie. Unia Europejska i USA zapowiedziały, że pomogą nam finansowo w ich utrzymaniu, ale sami widzimy, że nie tylko o pieniądze tu chodzi.

W pozostałych krajach UE jest co najmniej 2,2 mln wojennych uchodźców z Ukrainy. Ale biuro wysokiego komisarza ds. uchodźców ONZ prognozuje, że na terytorium Unii Europejskiej może się wkrótce znaleźć do 6,5-7 mln osób z Ukrainy, głównie kobiet i dzieci.

 

 width=
Źródło: Anadolu Agency
Dane: UN High Commissioner for Refugees

 

Oprócz uchodźców Unia Europejska będzie również musiała uporać się z dramatyczną niepewnością dotyczącą zarówno dostaw energii, jak i wywołaną przez wojnę inflacją. Rosja dostarczała dotąd Europie 41 proc. potrzebnego jej gazu, 37 proc. ropy naftowej i 30 proc. węgla. Wojna zachwiała europejskimi i światowymi rynkami surowców energetycznych. Po jej wybuchu ceny gazu wahały się nawet o 70 proc. w ciągu jednego dnia.

Ponieważ kraje UE są uzależnione od rosyjskiego importu w różnym stopniu, uzyskanie konsensusu w sprawie tempa i zakresu rezygnacji z rosyjskiego importu przez UE jest wyjątkowo trudne.  Niemieccy ekonomiści szacują, że w przypadku zatrzymania niemieckiego importu gazu, co rysuje się jako wyraźna możliwość, tamtejsza gospodarka może skurczyć się o około 2–4 proc. To byłaby recesja na skalę kryzysu COVID-19. Ale Niemcy to zamożny kraj i poradzi sobie nawet z wyższą recesją. Znacznie dotkliwiej skutki wojny odczują społeczeństwa naszej części Europy.

Bank inwestycyjny Goldman Sachs ocenia, że jeśli wojna w Ukrainie będzie się przedłużać, koszty energii w Europie mogą wzrosnąć nawet o 1,4 biliona Euro, co odpowiada prawie 10 proc. PKB Unii Europejskiej.  Przełoży się to na wzrost wydatków gospodarstw domowych. Ich rachunki za energię mogą się zwiększyć średnio o 150-200 euro miesięcznie, co stanowi mniej więcej 10 proc. przeciętnej płacy netto. To jest główna przyczyna, dla której niektórzy europejscy przywódcy opóźniają akceptację całkowitego zakazu importu do UE ropy i gazu z Rosji.

Dużemu spadowi poziomu życia w UE towarzyszy narastający strach, że wojna w Ukrainie może się rozszerzyć na jej sąsiadów, a w efekcie zamienić w konflikt globalny. A bieda i strach zawsze były paliwem dla populistów, powodem przyrostu narodowych egoizmów, źródłem protekcjonizmów w handlu. Teraz wykorzystują je partie i ruchy przeciwne integracji europejskiej i wrogie demokracji liberalnej. W ten sposób inwazja Rosji na Ukrainę i jej skutki osłabiają Unię Europejską i spójność Zachodu, bez której niemożliwe będzie powstrzymanie zapędów Putina.

 

Czy sankcje powstrzymają agresję?

Świat zachodni zareagował na inwazję Rosji ekonomicznymi sankcjami, których skala wydaje się bezprecedensowa. Branko Milanowić, b. główny ekonomista Banku Światowego pisze, że na agresora nałożono już 6 tys. różnych ograniczeń, a to więcej niż suma wszystkich sankcji obowiązujących wobec Iranu, Syrii i Korei Północnej.  The New York Times ocenił, że rosyjski pakiet jest ekonomicznym odpowiednikiem bomby atomowej, który z niespotykaną szybkością i skalą ma sparaliżować rosyjską gospodarkę, zagrażając firmom i niszcząc oszczędności milionów Rosjan.

Niezależne Centrum Badań nad Polityką Gospodarczą (CEPR) zapytało na początku marca czołowych ekonomistów z Europy i Ameryki, czy dotychczasowe sankcje doprowadzą do głębokiej recesji w Rosji. Twierdząco odpowiedziało 90 proc. uczestników badania.

W sumie sankcje na Rosje nałożyło ponad 50 krajów, które odpowiadały dotąd za 50 proc. handlu z Rosją. Marcowa analiza Instytutu Finansów Międzynarodowych przewiduje, że z tego powodu rosyjska gospodarka skurczy się w tym roku o 15 proc., co przekreśli 15 lat wzrostu gospodarczego kraju. A sankcje mają zbierać maksymalne żniwa od drugiego kwartału tego roku.

To wszystko ma powstrzymać Putina i skłonić go do zakończenia wojny. Jednak wśród ekspertów nie brakuje głosów, że te działania niczego nie zmienią w polityce Rosji. Po pierwsze Putin przez lata przygotowywał się do takiej reakcji Zachodu i zgromadził spore rezerwy walutowe (choć 300 mld USD z 640 mld USD zostało zamrożonych w bankach zachodnich). Po wtóre stosuje dziś różne, częściowo skuteczne kontr-sankcje. A po trzecie usilnie pracuje nad stworzeniem sojuszu gospodarczego z Chinami oraz Indiami. To im chce sprzedawać ropę, gaz i inne surowce, kiedy przestaną je kupować kraje zachodnie.  Już w marcu Rosja zaoferowała tym krajom uralską ropę po rekordowo niskiej cenie.

 

 width=

 

Ogromne energetyczne zasoby są z perspektywy geopolitycznej najsilniejszą bronią Putina. Rosja jest drugim co wielkości eksporterem ropy naftowej na świecie. Dzięki sprzedaży  surowców  zgromadziła środki do finansowania  działań militarnych, mimo że jest obłożona zachodnimi sankcjami już od aneksji Krymu w 2014 r.  I choć dziś świat potępia agresję na Ukrainę zdecydowanie mocniej, uderzając wielokrotnie bardziej dotkliwymi restrykcjami, to nie potrafi zaprzestać handlu z Rosją z dnia na dzień. To z tego powodu sankcje ominęły dwa największe rosyjskie banki. Dzięki tej furtce Rosja, choć cierpi, wciąż spłaca swoje zagraniczne zobowiązania, czyli nie bankrutuje.

Josep Borrell, szef unijnej dyplomacji przyznał 5 kwietnia br. w Parlamencie Europejskim, że od momentu wybuchu wojny w Ukrainie UE zapłaciła Rosji za surowce energetyczne 35 mld Euro, podczas gdy w tym czasie cała jej pomoc dla Ukrainy miała wartość 1 mld Euro. Uzależnione od rosyjskich ropy i gazu kraje UE nie mogą ustalić wspólnego terminu rezygnacji z ich zakupu, a tylko taka sankcja byłaby naprawdę odczuwalna. Co prawda 7 kwietnia br. UE zakazała importu rosyjskiego węgla, ale na skutek protestu Niemiec będzie on obowiązywał od sierpnia tego roku. To zresztą też nie zaboli Putina, bo europejskie przychody z tego tytułu wyniosły w 2021 r. 4 mld Euro rocznie, a z ropy i gazu ok. 130 mld Euro.

Polityczni liderzy świata zachodniego wierzą, iż sankcje osłabią rosyjską gospodarkę, to z kolei wywoła oburzenie biznesu i społeczeństwa, a wtedy pod naciskiem opinii publicznej Putin zostawi Ukrainę w spokoju. Jednak większość ekspertów dobrze znających Rosję uznaje to podejście za naiwne.

Władisław Inoziemcew, rosyjski ekonomista i politolog, współpracownik m.in. Atlantic Council i Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Waszyngtonie pisze w Gazecie Wyborczej, że „pogarszająca się sytuacja gospodarcza nie upolityczni społeczeństwa rosyjskiego ani nie zachwieje w dużym stopniu pozycją władz. Spadek PKB o 12 proc., zmniejszenie realnego dochodu do dyspozycji o 15 proc. i inflacja sięgająca 30 proc. – to ludzie w regionach Rosji są w stanie znieść z nawiązką”. Jego zdaniem sankcje mogą jedynie zepchnąć Rosję na gospodarcze peryferia i pomóc w budowie świata, który w ogóle nie będzie potrzebował Rosji. – Jeśli celem jest wyeliminowanie egzystencjalnego zagrożenia, jakie reżim Putina stanowi dla Zachodu i świata, warto uznać, że żaden zestaw sankcji tego problemu nie rozwiąże – podsumowuje.

Prof. Peter AG van Bergeijk z Uniwersytetu Erasmusa i Międzynarodowego Instytutu Studiów Społecznych twierdzi wręcz, że ekonomiczne sankcje nakładane na kraje wywołujące wojny prawie nigdy nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Także obecnypakiet nie jest wystarczający, aby skłonić Rosję do zmiany polityki wobec Ukrainy.

 

 width=

 

Jakby na potwierdzenie tych słów 3 kwietnia Kreml zareagował artykułem rządowego propagandysty Timofieja Siergiejewa. Nosi on tytuł „Co Rosja powinna zrobić z Ukrainą” i ukazał się na stronie internetowej państwowej agencji RIA Novosti. Autor opisuje, w jaki sposób powinna przebiegać „denazyfikacja” Ukrainy. Ma się to odbyć za pomocą „ideologicznych represji i ścisłej cenzury”, a czas trwania tego procesu nie może być „w żadnym wypadku krótszy niż jedno pokolenie, które musi się urodzić, dorosnąć i osiągnąć dojrzałość w warunkach denazyfikacji”.

W pierwszym etapie należy przeprowadzić likwidację wojskowej infrastruktury informacyjnej i edukacyjnej. Należy zniszczyć funkcjonariuszy Sił Zbrojnych Ukrainy, batalionów narodowych i obrony terytorialnej „do maksimum na polu walki”, a na „wyzwolonych terytoriach sformować ludowe władze lokalne i milicję, broniących ludność przed podziemnym terrorem nazistowskim”.

Zdaniem autora „sama debanderyzacja nie wystarczy, dlatego denazyfikacja Ukrainy jest także jej nieuniknioną deeuropeizacją”. Nie ma więc mowy o przynależności Ukrainy do NATO czy Unii Europejskiej, ponieważ sama nazwa „Ukraina” w żadnym wypadku nie może zostać zachowana.

Tekst wywołał szok na całym świecie i zdaniem komentatorów odzwierciedla on myślenie i zamiary kremlowskiej elity i prawdopodobnie samego Putina. Nie brakuje opinii, że to zamiar zbrodni masowego ludobójstwa, eksterminacji Ukraińców. Prezydent Zełenski uznał ten swoisty manifest za kolejne świadectwo zbrodniczych zamiarów Rosji i dowód przed przyszłym wojennym trybunałem. A świat zamarł… przekonanie, że mocarstwa atomowe są generalnie racjonalne, runęło w jednej chwili.

 

Dalekosiężne konsekwencje kryzysu

Już widoczne globalne skutki wojny w Ukrainie to wzrost inflacji, zakłócenia w handlu międzynarodowym, obniżenie poziomu życia, wzrost nierówności, ubóstwa i głodu na świecie, a przede wszystkim zachwianie ugruntowanym wcześniej przekonaniem, że w cywilizowanym świecie konfliktów nie załatwia się poprzez wojny.

Jeśli Putin ustawiał się w roli obrońcy krajów niezachodnich przed dominacją Zachodu i jego podwójnymi standardami moralnymi, to wywołując wojnę w Ukrainie tylko pogorszył los słabych ekonomicznie narodów. Do ich problemów wywołanych pandemią  dołożył bowiem nowe, znacznie bardziej dotkliwe.

 

Obniżenie poziomu życia, wzrost nierówności i ubóstwa

Agustin Carstens, dyrektor generalny Banku Rozrachunków Międzynarodowych (Bank for International Settlements – BIS) zapowiada globalny powrót inflacji. W prawie 60 proc. gospodarek rozwiniętych wzrost cen w ujęciu rok do roku przekracza 5 proc. Ponad połowa krajów rozwijających ma inflację powyżej 7 proc. (w Turcji nawet 60 proc.).

Przyczyną jest nie tylko wojna, ale jej wpływ na ceny i poziom życia na całym świecie będzie stale rósł. Zdaniem Carstensa czasy niskiej inflacji i niskich stóp procentowych się kończą i trzeba będzie przeformułować polityki monetarne.

 

 

Już teraz Zachód zaczął odczuwać stagflację (to inflacja połączona ze stagnacją). W dodatku presja inflacyjna zostanie spotęgowana nie tylko przez rosnące ceny surowców, w tym energii i pszenicy, ale też przez kolejną po pandemicznej falę zakłóceń w łańcuchach dostaw oraz rosnące koszty transportu.

Wojna w Ukrainie to katastrofa dla świata, która ograniczy globalny wzrost gospodarczypowiedział BBC David Malpass, prezes Banku Światowego. W jego opinii gospodarcze skutki wojny wykraczają poza granice Ukrainy, a wzrost światowych cen energii oraz inflacja najbardziej uderzą w biednych.

30 marca br. na posiedzeniu ONZ zastępca sekretarza stanu USA Wendy Sherman stwierdziła, że ​​atak Rosji na Ukrainę, a w konsekwencji blokada ukraińskich portów morskich i ataki zbrojne na cywilne statki towarowe, spowodowały krytyczny niedobór żywności w skali globalnej.

Ukraina i Rosja razem miały 28 proc. udziału w światowym eksporcie zbóż. W 2020 r. oba kraje dostarczyły 24 proc. pszenicy sprzedawanej na całym świecie i 73 proc. oleju słonecznikowego. Tymczasem od inwazji ten import wyhamował, a na światowych rynkach ceny zbóż wzrosły o ponad połowę. To oznacza, że ubogim rejonom świata grozi głód.

W ciągu ostatnich 30 lat Ukraina i Rosja były kluczowymi dostawcami zboża dla krajów takich jak Mongolia, Sri Lanka, Liban, Egipt, Malawi, Namibia i Tanzania. Światowy Program Żywnościowy, agencja ONZ, która dostarcza pomoc żywnościową ludziom dotkniętym konfliktami i katastrofami w ponad 80 krajach, połowę pszenicy importowała z Ukrainy.

Już przed wybuchem wojny rosnące ceny żywności i energii obciążały budżety domowe i wydatki publiczne w wielu rozwijających się i biedniejszych krajach. Według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego tylko między kwietniem 2020 r. a grudniem 2021 cena pszenicy wzrosła o 80 procent. A pamiętać trzeba, że wszystkie gospodarki z mozołem starają się wyjść z kryzysu wywołanego przez pandemię COVID-19.

Kolejne skoki cen wywołane konfliktem w Ukrainie grożą teraz wzrostem ubóstwa i brakiem bezpieczeństwa żywnościowego nawet połowie ludzkości.

Według Goldman Sachs jeszcze „przedwojenne” wzrosty inflacji, wynikające zwłaszcza z rosnących cen energii, pogłębiły nierówności ekonomiczne na całym świecie. Teraz będzie jeszcze gorzej. W ciągu ostatniego roku realne płace wśród 10 proc. najuboższych gospodarstw domowych spadły o ok. 4 proc.

 

 width=

 

Mozolna droga do energii odnawialnej

David Blood, finansista i współzałożyciel wraz z Alem Gore’em Generation Investment Management, ma nadzieję, że ​​wojna na Ukrainie przyspieszy przejście świata na zieloną energię. Jako nadzwyczajną ironię losu komentuje fakt, że wojnę finansuje zależność Zachodu od rosyjskich węglowodorów. Jego zdaniem węglowodory są nie tylko niezrównoważone ekologicznie, ale także osłabiają tkankę społeczną, polityczną i gospodarczą naszego świata.

Czy rzeczywiście rosyjska inwazja może skłonić świat do rezygnacji z paliw kopalnych? Ile trzeba pieniędzy i czasu, aby przejść w 100 procentach na odnawialne źródła energii?

Najnowszy raport IPCC dowodzi, że dotychczasowe wysiłki ludzkości były za mało ambitne i aby uniknąć najbardziej ekstremalnych zagrożeń trzeba znacznie bardziej radykalnych ograniczeń emisji gazów cieplarnianych. Ale czy politycy dostaną na to zgodę swoich wyborców?

Czy skutkiem bardzo prawdopodobnego obniżenie poziomu życia sytych społeczeństw nie będzie jeszcze głębszy populizm, niekończące się wstrząsy polityczne, silne konflikty społeczne i w efekcie powszechny odwrót od demokracji liberalnej? Na razie widać gotowość Zachodu do podjęcia takiego ryzyka, choć nie jest ona jednomyślna.

Komisja Europejska chce ściąć import surowców z Rosji o dwie trzecie już do końca tego roku. Polska planuje zrezygnować z rosyjskiego gazu całkowicie i od 2023 r. zastąpić go surowcem z Norwegii.  Niemal z dnia na dzień odstąpiły od rosyjskiego importu Litwa, Łotwa i Estonia. Polski Instytut Ekonomiczny uważa, że możliwe byłoby ograniczenie importu gazu z Rosji do UE nawet o ponad 90 proc. Wymagałoby to dywersyfikacji dostaw, zastąpieniu gazu energią z OZE, atomu i węgla, ale także oszczędzanie energii przez m.in. redukcję o dwa stopnie klimatyzacji w okresie letnim i oraz redukcję zużycia po stronie przemysłu. Analitycy PIE podkreślają, że te wszystkie działania wymagają społecznej, solidarnej zgody na wyrzeczenia i obniżenie jakości życia.

 

 

Determinacja Zachodu, aby odciąć Putina od dochodów z gazu, ropy i węgla może zadziwiać. Po wielu latach rozluźniania sojuszu transatlantyckiego następuje jego szybki renesans.

Prezydent Joe Biden chce wspólnie z Europą pozbawić Putina zysków ze sprzedaży energii, napędzających rosyjską machinę wojenną. Wypracowany w tym celu pakiet działań, jak dostarczenie w tym roku do Europy 15 mld metrów sześciennych płynnego gazu ziemnego czy uwolnienie amerykańskich strategicznych rezerw ropy naftowej w celu obniżenia cen na rynkach światowych nie wystarczy do przeprowadzenia całkowitej rewolucji energetycznej, ale jest i tak najdalej idącym wspólnym wysiłkiem USA i Europy w ostatnich dziesięcioleciach.

Jednak dla ratowania klimatu ta dywersyfikacja dostaw będzie bez znaczenia. Dopiero wyraźny spadek globalnego popytu na węglowodory i przejście na czyste źródła energii daje szansę na uniknięcie kataklizmu klimatycznego.  Wojna w Ukrainie paradoksalnie może w tym pomóc. Im szybciej świat wróci do współpracy na tym polu, tym lepiej dla świata.

 

 width=

 

Nieunikniona militaryzacja gospodarek

Wojna w Ukrainie spowodowała zwątpienie Europy w pielęgnowane od 1945 r. poczucie bezpieczeństwa. Cywilizowany świat miał już nigdy nie rozwiązywać sporów w drodze konfliktu zbrojnego. Ewentualne napięcia miała łagodzić współpraca gospodarcza, naukowa, kulturalna, w tym integracja w ramach Unii Europejskiej. Putin zburzył jeden z fundamentów wspólnej Europy.

Do tej pory UE brakowało jednomyślności w sprawie wspólnej polityki obronnej. A już idea unijnej armii była odrzucana jako niedorzeczna.

Taki projekt jest nadal nie do zrealizowania w obecnym stanie prawnym, ale coraz częściej przewija się w wielu debatach. Pojawił się na przykład jako pomysł podczas I edycji Europejskiego Forum Nowych Idei w Sopocie w 2011 r.  Kto wie, jaką dynamikę może mu nadać tocząca się wojna przy wschodniej granicy Unii?

Na razie przywódcy UE wyrazili zdecydowane zobowiązanie do zwiększenia wydatków na obronność, wzmocnienia współpracy w projektach obronnych między państwami członkowskimi, a także zwiększenia mobilności wojskowej w całym bloku. Niemcy, którzy w ramach NATO uprawiali dotąd swoistą budżetową jazdę na gapę, jeszcze w tym roku przeznaczą dodatkowe 100 mld Euro na budżet obrony. Polski Sejm przyjął bez sprzeciwów opozycji ustawę, która od przyszłego roku zwiększa wydatki na obronność do 3 proc. PKB. Szwecja i Finlandia mimo histerii Rosji zapowiadają przystąpienie do Sojuszu Północnoatlantyckiego, a pozostałe kraje UE będące także w NATO na pewno gorliwie zaczną wypełniać swoje zobowiązanie do kierowania na wojsko 2 proc. PKB.

 

 

Bardziej militarny kurs zapowiadają także państwa pozaunijne. Japonia zachęca USA do zainstalowania broni jądrowej na swojej ziemi, a Szwajcaria zrywa z tradycyjną neutralnością, włączając się w sankcje UE wobec Rosji.

To wszystko dzieje się w sytuacji, kiedy finanse publiczne całego niemal świata są zadłużone ponad granice dotychczas uznawane za rozsądne, czego przyczyną była pandemia COVID-19. Co może się z tego wyłonić?

Nowa wersja zimnej wojny, która w znacznym stopniu wpłynie na dynamikę przyszłego wzrostu, a także na globalny krajobraz inwestycyjnykomentuje Goldman Sachs. Każdy kraj, który zdecyduje się na większą militaryzację swojej gospodarki, będzie musiał znacznie zwiększyć wydatki publiczne i tym samym poziom zadłużenia. Dla większości państw wymogiem chwili jest też transformacja energetyczna i rewolucja cyfrowa oraz wspieranie gospodarstw domowych i przedsiębiorstw w obliczu rosnących cen.  Takie działania mogą spowodować, że dług publiczny poszczególnych krajów i całego świata urośnie do rozmiarów, które grożą wielkim globalnym kryzysem finansowym.

 

Zmiany w geopolitycznym porządku

Jeśli sankcje Zachodu nie powstrzymają Putina, to jaki świat wyłoni się po tej wojnie? Pomińmy spekulacje, kto w tym militarnym konflikcie okaże się zwycięzcą. Zapewne chcielibyśmy, by była to Ukraina, ale dziś, 19 kwietnia 2022 r. nie sposób tego przesądzić.  Pewne jest natomiast, że agresja Rosji w Ukrainie bez względu na jej wynik już wyzwoliła procesy, które najprawdopodobniej ostatecznie zmienią post-zimnowojenny porządek świata. 

W globalnej gospodarce dojdzie do dekompozycji międzynarodowego podziału pracy i strategicznych łańcuchów dostaw, a sam proces globalizacji prawdopodobnie wyhamuje. Można spodziewać się zmian w transgranicznych systemach płatniczych, większego tempa odchodzenia od rozliczeń płatności międzynarodowych w dolarach, wyhamowania procesu przechodzenia do gospodarki niskoemisyjnej. Wzrośnie rywalizacja technologiczna pomiędzy Zachodem a obozem, który zbudują wokół siebie Chiny.

Zmiany gospodarcze będą oczywiście odbiciem wysoce prawdopodobnych przesunięć geopolitycznych. Chociaż Stany Zjednoczone pod przywództwem Joe Bidena stały się wyraźnym liderem oporu Zachodu wobec zamierzeń Rosji, ich rola globalnego hegemona nieodwracalnie się skończyła. Do obecnego konfliktu z dystansem odnosi się zwłaszcza Globalne Południe. Jakkolwiek większość krajów sympatyzuje z losem narodu ukraińskiego, to jednocześnie odmawia przyłączenia się do zachodnich sankcji wobec Rosji. Część robi to z ekonomicznego wyrachowania, bo liczy na niższe ceny rosyjskich surowców. Niemal wszystkie używają jednak argumentu, że karanie Rosji w imię utrzymania porządku opartego na zasadach jest nadzwyczajną hipokryzją. Ich zdaniem do niedawna to USA i Zachód bezprawnie łamały zasady prawa międzynarodowego interweniując w Iraku, Libii, Afganistanie, Jemenie i wielu innych miejscach na świecie.