W królestwie Monszatana

06.08.2023 | Review nr 47

Home 5 THINKTANK REVIEW 5 Review nr 47 5 W królestwie Monszatana

GMO, gluten i szczepionki

Marcin Rotkiewicz

Wydawnictwo Czarne

 

 width=

Unia Europejska odwróciła się od roślin GMO, praktycznie zatrzymując rozwój rolniczej biotechnologii opartej na inżynierii genetycznej. Poprzez swoje wpływy narzuciła własny punkt widzenia krajom Azji, a szczególnie Afryki. Tymczasem w 2016 r. Information Technology and Innovation Foundation (ITIF) – jeden z  prestiżowych ośrodków analitycznych zajmujących się rozwojem technologii – ogłosił raport, z którego wynika, że jeśli nastawienie Afryki do nowoczesnej rolniczej biotechnologii nie zmieni się, to do 2050 r. straci ona astronomiczną kwotę 1,5 biliona dolarów.

 

„W królestwie monszatana” tytułowym bohaterem jest amerykański koncern Monsanto, przejęty w 2018 r. przez firmę Bayer. Stał się on dla przeciwników GMO „złem wcielonym”, pragnącym rzekomo zmienić rolników w niewolników i za pomocą patentów zawładnąć uprawami oraz żywnością. Ile jest w tym prawdy? Na to pytanie staram się udzielić wyczerpującej odpowiedzi w mojej książce.

 

Palona kukurydza

Jednym z najbardziej wstrząsających obrazów, jakie zobaczyłem w trakcie pracy nad książką było zdjęcie głębokich rowów, w których coś płonęło. Z tekstu, towarzyszącego owej fotografii, wynikało, że paliła się kukurydza. W historii tej szczególnie poruszające był to, że rzecz działa się w Tanzanii w czasie, kiedy susza niszczyła pola kukurydzy drobnych rolników przynosząc głód i groźbę zepchnięcia w skrajną nędzę.

Dlaczego zatem ktoś postanowił palić zdrowe na pierwszy rzut oka ziarno? Tylko dlatego, że owa kukurydza została zmodyfikowana nowoczesnymi narzędziami inżynierii genetycznej, więc podpadała pod prawną definicję GMO (genetycznie zmodyfikowanego organizmu). W tym konkretnym przypadku kukurydzę ulepszono – w ramach humanitarnego projektu WEMA (to skrót od Water Efficient Maize for Africa) – by dzięki skopiowanemu genowi pewnej bakterii lepiej radziła sobie w warunkach suszy. Jednak z powodu bardzo restrykcyjnych przepisów dotyczących GMO, jej uprawy odbywały się wyłącznie na poletkach doświadczalnych otoczonych wysokim płotem i nadzorowanych za pomocą kamer.

Co więcej, prawo nakazywało, by ziarno i zielone części kukurydzy zostały spalone w głębokim dole, a następnie zasypane grubą warstwą ziemi, żeby „pył GMO” nie przedostał się poza stację badawczą. Gdyby zaś choć garść kukurydzy GMO wydostała się poza poletka badawcze, to cały program mógłby zostać natychmiast zamknięty przez władze Tanzanii. Do czegoś takiego doszło w 2004 r. w innym kraju, Tajlandii. Testowano tam papaję odporną na wirusy. Rolnicy w jakiś sposób ją wykradli i zaczęli uprawiać, zanim zostały wydane odpowiednie pozwolenia. Dlatego przeciwnicy GMO zrobili z tego aferę, doprowadzając do zamknięcia programu badawczego.

 

Strach przed GMO

No właśnie, co kierowało ludźmi walczącymi z papają odporną na wirusy? Dlaczego Tanzania wprowadziła tak restrykcyjne, wręcz absurdalne przepisy dotyczące GMO? I skąd w ogóle wziął się globalny lęk przed zmodyfikowanymi roślinami, choć dotąd nie zrobiły one nikomu nic złego (ani ludziom, ani środowisku, mimo iż są dziś uprawiane na świecie na terytorium sześciokrotnie większym niż Polska)? A przede wszystkim, dlaczego się ich boimy, skoro w środowisku naukowym panuje zgoda co do bezpieczeństwa stosowania metod inżynierii genetycznej w ulepszaniu roślin?

Moja dziennikarska podróż w poszukiwaniu odpowiedzi na powyższe pytania zaprowadziła mnie do organizacji takich jak Greenpeace czy Friends of the Earth oraz ich licznych sojuszników. To właśnie one pod koniec lat 90. XX w. rozpoczęły wielką i bardzo sprawną kampanię propagandową skierowaną przeciwko roślinom GMO.

To zrodziło jednak kolejne interesujące pytanie: co skłoniło je do zaciętej walki z GMO i przeznaczanie na ten cel cennych zasobów finansowych (liczonych w setkach milionów euro)? Przecież nowoczesna biotechnologia daje szansę na zmniejszenie negatywnego wpływu rolnictwa na środowisko. Szacunki mówią wręcz, że bez zmodyfikowanych za pomocą inżynierii genetycznej odmian soi, bawełny, kukurydzy czy rzepaku musielibyśmy oddać pod uprawy dodatkowo 25 mln hektarów ziemi, czyli obszar zbliżony do powierzchni naszego kraju.

 

 width=

 

Ideolodzy ruchu ANTYGMO

Dotarłem do historii dwóch ludzi, którzy stali się głównymi ideologami ruchów antyGMO. Pierwszy to amerykański aktywista Jeremy Rifkin. Człowiek bez przygotowania merytorycznego do wypowiadania się w kwestiach biologii czy rolnictwa (studiował ekonomię i stosunki międzynarodowe), za to obdarzony dużą charyzmą zawodowy lewicowy aktywista.

Drugi to jego „uczeń” – niemiecki anarchista i były poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Zielonych, Benedikt Härlin. Ich przypadkowe spotkanie w Waszyngtonie w 1986 r. okazało się brzemienne w skutki. Härlin zaczął bowiem głęboko wierzyć w katastroficzne poglądy Rifkina na temat biotechnologii. W książce opisuję też, co działo się później – jak Härlin wstąpił do Greenpeace i przekonał kierownictwo organizacji, by ruszyło na wojnę z GMO oraz sam poprowadził pierwsze ataki na nową technologię. Jak ogromną rolę odegrał w tej całej historii kolejny przypadek – epidemia tzw. choroby szalonych krów, która pojawiła się w Wielkiej Brytanii, i choć nie miała nic wspólnego z modyfikacją genetyczną roślin, zmieniła postrzeganie tej technologii w Europie. Skutek tego był zaś taki, że Unia Europejska odwróciła się od roślin GMO i narzuciła swoje zdanie Afryce i Azji.

Na kartach „W królestwie Monszatana” dokładnie przeanalizowałem poglądy Jeremy’ego Rifkina, a przede wszystkim zasadność jego zarzutów pod adresem inżynierii genetycznej. Szczególnie jej zastosowań w rolnictwie, które przecież od samych swoich początków, czyli ok. 10 tys. lat, de facto opiera się na modyfikacjach genetycznych dokonywanych coraz bardziej wyrafinowanymi  metodami. Sporo miejsca poświęcam także próbie odpowiedzi na pytanie, dlaczego ideologia Amerykanina, uproszczona do kilku propagandowych haseł, okazała się wyjątkowo skuteczna w przekonywaniu ludzi.

 

Gluten i szczepionki

Antyglutenowa kampania z ostatnich lat przypomina tę skierowaną wobec roślin GMO. Ponadto pewien amerykański lekarz, dzięki któremu o glutenie zrobiło się głośno, oskarża wszelkie modyfikacje genetyczne pszenicy – również te dokonywane w ciągu ostatnich dekad bez stosowania inżynierii genetycznej – o fatalny wpływ na zdrowie i powodowanie uzależnienia od produktów zbożowych. I sugeruje, że stoi za tym spisek.

Jeszcze bardziej podobna do sprawy GMO – jeśli chodzi o pewne mechanizmy wywoływania paniki – jest najnowsza, związana z pandemią wirusa SARS-CoV-2, fala aktywności ruchów antyszczepionkowych. Tu też mamy do czynienia z silnymi lękami i ideologią. Nie przez przypadek zresztą organizacje walczące z rolniczą biotechnologią niekiedy łączą swoje siły z antyszczepionkowcami.

W książce piszę zatem – odwołując się do terminologii dr. hab. Marcina Napiórkowskiego, semiotyka kultury z Uniwersytetu Warszawskiego – o mitach współczesności, z których utkane są narracje anty-GMO, antyglutenowa czy antyszczepionkowa. I które składają się na opowieść o mrocznym Monszatanie.

 

Opublikowano 10.08.2023

 

 

POWRÓT ↵

 width=